First blog post

This is your very first post. Click the Edit link to modify or delete it, or start a new post. If you like, use this post to tell readers why you started this blog and what you plan to do with it.

post

Advertisements
Posted in Uncategorized | Leave a comment

Malta – dzięki św. Pawłowi nie ma tu jadowitych żmij

Malta – dzięki św. Pawłowi nie ma tu jadowitych żmij

Katedra św. Pawła, fot. Tony Hisgett/Wikipedia

Malta to wyjątkowa wyspa, gdzie na każdym kroku można spotkać katedry, sanktuaria, kapliczki, a zwykłe domy zdobią religijne płaskorzeźby przedstawiające świętych lub sceny z Biblii. Najważniejszym maltańskim świętym jest św. Paweł, któremu wyspa zawdzięcza swój chrześcijański charakter. Na każdym kroku czuć tutaj jego obecność.

Malta to kraj, gdzie na powierzchni nieco mniejszej od Krakowa znajduje się ok. 359 kościołów katolickich. Katolikami jest tutaj ponad 90 proc. społeczeństwa, a kościoły są wypełnione po brzegi nie tylko podczas niedzielnych mszy świętych, lecz także w tygodniu. Swój chrześcijański charakter wyspa zawdzięcza św. Pawłowi, który ok. 58 roku odwiedził Maltę. Wcale tego nie planował, zmusiła go sytuacja.

Katedra św. Pawła, fot. Tony Hisgett/Wikipedia

Wnętrze katedry św. Pawła, fot. Jean Christophe Benoist/Wikipedia

Statek, którym jako więzień płynął w kierunku Rzymu, natrafił na niekorzystną pogodę, wiatr zrzucił go z kursu, a następnie dryfował przez wiele dni po nieznanych wodach. I kiedy wszyscy na pokładzie tracili nadzieję na ratunek, św. Paweł przemówił do żeglujących:

Teraz radzę wam być dobrej myśli, bo nikt z was nie zginie, tylko okręt. Tej nocy ukazał mi się anioł Boga, do którego należę i któremu służę, i powiedział: «Nie bój się, Pawle, musisz stanąć przed Cezarem i Bóg podarował ci wszystkich, którzy płyną razem z tobą». Bądźcie więc dobrej myśli, bo ufam Bogu, że będzie tak, jak mi powiedziano. Musimy przecież dopłynąć do jakiejś wyspy (Dz 27, 22-26).

Tak też się stało. Piętnastego dnia po sztormie okręt roztrzaskał się o skały, ale 270 osób, które były na pokładzie, ocalało.

Święty Paweł i maltańska żmija

Apostoł postawił najpierw stopę na niewielkiej wyspie, nazwanej później Wyspą św. Pawła. To właściwie dwie niewielkie, widoczne z Malty wyspy leżące tuż przy… Zatoce św. Pawła. Łatwo je rozpoznać, ponieważ na jednej stoi widoczny z oddali 12-metrowy pomnik apostoła, wzniesiony w połowie XX wieku.

Przy Zatoce św. Pawła znajduje się również źródło, z którego apostoł czerpał wodę po wyjściu na ląd, a nieopodal znajduje się kościół Dobrego Ognia, wzniesiony w miejscu, gdzie święty siedział przy ognisku i rozprawił się ze żmiją. O tych wydarzeniach również pisze w Dziejach Apostolskich św. Łukasz, który podróżował razem ze św. Pawłem:

Kiedy Paweł nazbierał wielką naręcz chrustu i dołożył do ognia, żmija, która wypełzła na skutek gorąca, uczepiła się jego ręki. Gdy tubylcy zobaczyli gada, wiszącego u jego ręki, mówili jeden do drugiego: «Ten człowiek jest na pewno mordercą, bo choć wyszedł cało z morza, bogini zemsty nie pozwala mu żyć». On jednak strząsnął gada w ogień i nic nie ucierpiał. Tamci spodziewali się, że opuchnie albo nagle padnie trupem. Lecz gdy długo czekali i widzieli, że nie stało mu się nic złego, zmieniwszy zdanie, mówili, że jest bogiem (Dz, 28, 3-6).

Maltańska legenda głosi, że od tego wydarzenia węże na Malcie przestały być jadowite.

Publiusz, pierwszy biskup Malty

Święty Paweł przebywał na Malcie przez trzy miesiące i był przez ten okres więźniem. Przetrzymywano go w grocie wykutej w skale, w Rabacie. Już w średniowieczu nad grotą zbudowano świątynię nazywaną kościołem św. Pawła za Murami – ponieważ znajdowała się poza ówczesnym miastem. Obecna budowla pochodzi z końca XVI wieku i znajduje się niemal w samym centrum Rabatu. Do kościoła św. Pawła za Murami można wejść tylko podczas nabożeństwa wcześnie rano oraz wieczorem. W ciągu dnia kościół jest niedostępny dla zwiedzających. Można za to zwiedzić grotę, w której św. Paweł był przetrzymywany. Głównym obiektem jest tam posąg apostoła wykuty w białym marmurze.

Figura św. Pawła w grocie w Rabacie

Blisko Rabatu znajduje się miasto Mdina, będące pierwszą stolicą wyspy, gdzie znajduje się okazała katedra św. Pawła. Została ona zbudowana, jak mówi tradycja, na miejscu domu Publiusza, którego wg przekazów św. Paweł uczynił pierwszym biskupem Malty. Zanim to jednak się stało, św. Paweł uzdrowił jego ojca. To wydarzenie również opisał św. Łukasz:

W sąsiedztwie tego miejsca znajdowały się posiadłości namiestnika wyspy, imieniem Publiusz, który nas przyjął i po przyjacielsku przez trzy dni gościł. Ojciec Publiusza leżał właśnie chory na gorączkę i biegunkę. Paweł poszedł do niego i pomodliwszy się, położył na niego ręce, i uzdrowił go. Po tym wydarzeniu przychodzili również inni chorzy na wyspie i byli uzdrawiani. Oni to okazali nam wielki szacunek, a gdy odjeżdżaliśmy, przynieśli wszystko, co nam było potrzebne (Dz, 28, 7-10).

Relikwia św. Pawła

W Valettcie znajduje się kościół św. Pawła Rozbitka, mimo że apostoł prawdopodobnie nigdy tutaj nie przebywał, a sama stolica Malty powstała wiele lat później. Nie jest łatwo do niego trafić – leży przy jednej z wąskich uliczek, wtopiony w ciąg kamienic. Informuje o nim jedynie drewniana tablica, postawiona w poprzek chodnika.

Kościół św. Pawła za Murami, nad grotą, fot. Balazs Sudar/Wikipedia

Kościół jest wyjątkowy – niewielki, kameralny i cichy. Ze względu na położenie oraz bliskie sąsiedztwo popularnej wśród turystów katedry św. Jana Chrzciciela, trafia tu niewiele osób. Do świątyni wchodzi się od zakrystii. Pierwsze wrażenie to ogromny kontrast ze światem na zewnątrz – ciemne wnętrze, chłód, cisza i spokój. Do tego przepych i mnóstwo ornamentów.

Znajdują się tutaj dwa ważne przedmioty kultu związane z Apostołem Narodów. Pierwszy z nich to fragment rzymskiej marmurowej kolumny, na której został ścięty św. Paweł. Przekazał ją na początku XIX wieku papież Pius VII, kiedy na Malcie szalała epidemia cholery. Kolumna miała ocalić wyspę. Pozostała część kolumny znajduje się w  rzymskim opactwie Tre Fontane.

Kolumna w kościele św. Pawła Rozbitka, na niej rzeźba głowy Świętego

Drugim cennym przedmiotem, jednym z najważniejszych dla Maltańczyków, jest relikwia św. Pawła – fragment kości nadgarstka, przechowywany w figurce przypominającej dłoń.

Kościół św. Pawła Rozbitka, relikwiarz

Malta dwukrotnie w ciągu roku w wyjątkowy sposób czci św. Pawła. Najpierw 10 lutego Maltańczycy obchodzą święto Rozbicia się okrętu św. Pawła na Malcie, a następnie 29 czerwca świętują uroczystość apostołów Piotra i Pawła. W te dni maltańskie miasta są przyozdabiane kwiatami i kolorowymi chorągwiami i odbywają się uroczyste procesje ku czci Apostoła Narodów.

Kościół św. Pawła Rozbitka

Katedra św. Pawła, fot. Frank Vincentz/Wikipedia

Wyspy św. Pawła, fot. Frank Vincentz/Wikipedia

Pomnik św. Pawła na wyspach, fot. Frank Vincentz/Wikipedia

Tony Hisgett/Wikipedia

______________

Katarzyna Kozak

https://pl.aleteia.org/2017/07/02/malta-dzieki-sw-pawlowi-nie-ma-tu-jadowitych-zmij/?li_source=base&li_medium=keep-reading#

Posted in Uncategorized | Leave a comment

Rycerze Chrystusa, a nie prekursorzy masonerii. Odkłamać czarną legendę Templariuszy!

Rycerze Chrystusa, a nie prekursorzy masonerii. Odkłamać czarną legendę Templariuszy!

fot. Kurt Miller/Stocktrek Images/FORUM

Wokół Zakonu Templariuszy narosło mnóstwo legend. W większości z nich występują jako dyskretna mafia posiadająca niezliczone bogactwa i ziemie, która dzięki okultyzmowi posiadła jakąś tajemniczą wiedzę oraz dała swój początek masonerii.

Prawda okazuje się diametralnie inna   – Templariusze   byli  prawdziwymi Milites Christi – Rycerzami Chrystusa. 29 marca mija kolejna rocznica wydania papieskiej bulli „Omne Datum Optimum”, nadającej Zakonowi w  1139 r. szeroki zakres praw i przywilejów.

 Dwaj rycerze na jednym koniu

Na pieczęci założycielskiej Zakonu znajdował się widok dwóch rycerzy jadących na jednym koniu. Miało to symbolizować oddanie się cnocie ubóstwa, tak ważne dla wszystkich zakonów średniowiecza. Istotnie, Hugon de Payens – założyciel zakonu, będący możnym szlachcicem z Szampanii, od początku uczynił ubóstwo jednym z podstawowych założeń reguły. Nie dość, że sam przekazał swój majątek zgromadzeniu, to oddał się pod rozkazy Baldwina II, króla Jerozolimy – osoby (mimo tytułu królewskiego) posiadającej dużo mniejsze środki finansowe. Świadczy o tym fakt, iż pomimo zdobycia Jerozolimy podczas pierwszej Krucjaty, wielu rycerzy wróciło z powrotem do Europy, gdyż na miejscu nie uświadczyli obiecanych bogactw.

Podstawą finansową na której oparto działalność Zakonu były  darowizny. Podczas swojej wyprawy do Europy udało się Hugonowi przekonać do idei rycerza–mnicha wielu możnych, którzy przekazali Zakonowi  liczne dary. Skąd jednak Hugon miał wiedzieć, że na ideę Zakonu zareagują z takim entuzjazmem? Przecież nie miał rozpisanego – powiedzielibyśmy dzisiaj – „biznesplanu”. Wyruszył do Europy by pokornie prosić.

Bulla „Omne Datum Optimum” była krokiem milowym w procesie rozwoju Zakonu. Nie dość, że uniezależniała zgromadzenie od władzy świeckiej, to nadawała prawo wejścia w posiadanie wszystkich zdobyczy uzyskanych w walce z muzułmanami, a także zwalniała z podatków. Od tego momentu Templariusze stali się osobiście poddani papiestwu. Nie zostali jednak dzięki temu zalani morzem pieniędzy. Zakon w celu kontynuowania swojej misji, na zdobytych ziemiach stawiał kościoły i zamki obronne. Ich wybudowanie i utrzymanie generowało ogromne koszty, czasem przekraczające budżet wielu europejskich księstw. W szczytowym okresie potęgi, Zakon sprawował jurysdykcję nad 18 twierdzami broniącymi szlaków pielgrzymkowych i chrześcijańskich ziem na Bliskim Wschodzie.

Skarbiec Zakonu nie zawierał też jakichś nieprzebranych bogactw. Kiedy na skutek intrygi nastąpiło jego zlikwidowanie, okazało się, że jego zdecydowaną większość zajmowały weksle i listy uwierzytelniające. Stosunek do bogactwa najlepiej ukazuje sytuacja ósmego wielkiego mistrza – Odon de Saint Armanda, który wzięty do niewoli zakazał wysyłania za niego okupu gdyż jego zdaniem: „templariusz może ofiarować jako okup jedynie swój pas i puginał”. Odon zmarł w niewoli.

Rycerze – mnisi

Zakon powstał w celu ochrony przybywających spontanicznie do Ziemi Świętej pątników. Niewielkie siły pozostałych w Palestynie krzyżowców nie były w stanie roztoczyć nad nimi dostatecznej opieki, dlatego zadanie to przejęły zakony rycerskie – w tym Templariusze.

Od początku członkowie Zakonu cieszyli się szacunkiem i estymą, ich hart ducha, gorliwość, oddanie i pobożność wskazywała na oznaki bogatego życia kontemplacyjnego. Obowiązkiem ich jednak nadal było zabijanie, nawet w obronie wiernych. Z tego powodu znajdowali się na obrzeżach ówczesnego Kościoła! Tak było dopóki św. Bernard z Clervaux, wielki teolog i doktor kościoła – orędownik Templariuszy, nie napisał traktatu „Pochwała nowego rycerstwa”, w którym pozytywnie wypowiedział się na temat działań Zakonu.  Przekonał do swoich racji papieża Honoriusza II, a na synodzie w Troyes oficjalnie zatwierdzono zakonną Regułę. Jej autorami byli najprawdopodobniej św. Bernard i Hugon de Payens, a oparta była na regule cysterskiej.

Idea rycerza – mnicha, walczącego już nie dla łupów ale dla zbawienia duszy i w obronie uciśnionych była rewolucyjnym pomysłem w tamtym  czasie. Europa XI i XII w. targana konfliktami i wojnami domowymi, której rycerstwo niewiele różniło się od pospolitych bandytów potrzebowała takiej idei jak powietrza. To właśnie na bazie zakonów rycerskich powstały utwierdzone w literaturze i sztuce obrazy nieskazitelnego rycerza, obrońcy uciśnionych, kierującego się honorem i wykazującego cnotami. Dzięki Templariuszom europejskie rycerstwo odzyskało utraconą godność.

Z czasem głównym celem Templariuszy stałą się regularna walka w nieustającej wojnie z muzułmanami. Na polu bitwy cechowali się walecznością, stalowymi nerwami i znakomitym wyszkoleniem. Wielokrotnie jako jedyni pozostawali na polu walki, czasami ponosząc straty nawet w wysokości 98 proc. oddziału. Fundamentem takiej postawy był nie tylko wymagający trening lecz także hartowanie ducha podczas wielogodzinnych kontemplacji, niezachwiana wiara i przekonanie o słuszności swojej misji.

Największa farsa średniowiecza

Tragiczny i niemal męczeński wymiar ma historia likwidacji zakonu. Chronicznie cierpiący na brak pieniędzy król Francji Filip IV Piękny połakomił się na legendarne bogactwa zakonu. W podobny sposób w przeszłości rozprawił się z kupcami longobardzkimi a także Żydami. Kolejni w kolejce byli Templariusze. Najpierw otrzymał od Zakonu wysoką pożyczkę (osoba odpowiedzialna za jej udzielenie nie skonsultowała się z przełożonymi i została wydalona ze wspólnoty) a następnie oskarżył zgromadzenie o cały szereg poważnych przestępstw. Należały do nich; oskarżenie o herezję, czary, nierząd, defraudację, alchemię, pakty z diabłem i wiele innych. Była to standardowa procedura oskarżeń inkwizytorskich w ówczesnych czasach. Zanim podjęto się sądu papieskiego, król za pomocą świeckiego ramienia przeprowadził własne dochodzenie. Po długim i niepozbawionym tortur procesie na śmierć skazano wielkiego mistrza Jakuba de Molay’a oraz kilkuset członków bractwa. Przed śmiercią wielki mistrz zwrócony był w kierunku katedry Notre – Dame i prawdopodobnie modlił się do Maryi.

Zakonnicy prekursorami wrogów Kościoła?

Nierzadko w opracowaniach poświęconych Templariuszom, ukazuje się ich jako prekursorów masonerii i tajnych zgromadzeń. Nigdzie nie udowodniono takiego związku. Wiele denominacji wolnomularskich odnosi swoje korzenie do templariuszy jednak nie jesteśmy w stanie tego w jakikolwiek sposób zweryfikować. Osobną kwestią jest sprawa okultyzmu. Podobno wielki mistrz płonąc na stosie miał rzucić klątwę na papieża Klemensa V i króla Filipa IV, rzeczywiście obaj zmarli w następnym roku po procesie. Są to jednak przekazy pochodzące z okresu późniejszego o co najmniej sto lat, których autentyczność ciężko jest udowodnić. Inne oskarżenia (herezja, ezoteryka, czary itd.) wypływają bezpośrednio z aktu oskarżenia, który był standardową procedurą tamtych czasów i nie miał odzwierciedlenia w rzeczywistości.

Część współczesnych badaczy potęgę Templariuszy przypisuje ich koneksjom, chciwości, umiejętnemu obrotowi pieniądzem i snutym intrygom. Często ci badacze – niezaznajomieni z kwestiami życia kontemplacyjnego – nie rozumieją jakie owoce może przynieść bogate życie duchowe. Nie rozumieją w jaki sposób zakony przyczyniły się do odnowy moralnej Europy we wczesnym średniowieczu, nie chcą zatem zrozumieć, że bardzo dużo można osiągnąć z Bożą pomocą, poświęcając Mu całe swoje życie – właśnie tak jak czynili to Templariusze.

fot.REUTERS/Alessandro Bianchi

____________________

Piotr Relich

http://www.pch24.pl/rycerze-chrystusa–a-nie-prekursorzy-masonerii–odklamac-czarna-legende-templariuszy-,59208,i.html#ixzz5B3WwbIkf

Posted in Uncategorized | Leave a comment

Żydowscy kaci NKWD i SB w powojennej Polsce

 

 

Żydowscy kaci NKWD i SB w powojennej Polsce

Negowanie znaczenia roli Żydów w służbie NKWD jest sprzeczne z podstawowymi faktami ustalonymi przez historyków. Prof. Andrzej Paczkowski sformułował tę tezę jako „nadreprezentacją Żydów w UB”.

Jednoznacznie pisze o „nadreprezentatywności Żydów w UB” inny czołowy historyk IPN-owski dr hab. Jan Żaryn w swym opracowaniu „Wokół pogromu kieleckiego” (Warszawa 2006, s. 86).

O bardzo niefortunnych dysproporcjach, wynikających z nadmiernej liczebności Żydów w UB, pisali również niejednokrotnie dużo rzetelniejsi od Grossa autorzy żydowscy, np. Michael Chęciński, były funkcjonariusz informacji wojskowej LWP, w wydanej w 1982 r. w Nowym Jorku książce „Poland. Communism, Nationalism, Anti-semitism” (s. 63-64).

Żydowski autor wydanej w Paryżu w 1984 r. książki „Les Juifs en Pologne et Solidarność” („Żydzi w Polsce i Solidarność”) Michel Wiewiórka pisał na s. 122: „Ministerstwo spraw wewnętrznych, zwłaszcza za wyjątkiem samego ministra, było kierowane w różnych departamentach przez Żydów, podczas gdy doradcy sowieccy zapewniali kontrolę jego działalności”.

Na szeregu stronach „Strachu” Gross stara się całkowicie zanegować wobec amerykańskich czytelników jakiekolwiek znaczenie roli Żydów w UB. Równocześnie jednak ten sam Gross całkowicie przemilcza istotne wpływy, wręcz dominację żydowskich komunistów w innych sferach władzy, takich jak sądownictwo, propaganda czy gospodarka. W ponad 50-stronicowej części książki poświęconej „żydokomunie” nawet jednym zdaniem nie wspomina o tym amerykańskim czytelnikom, cynicznie utrzymując ich w totalnej nieświadomości na ten temat.

Rola Żydów w bezpiece, jej wyjątkowość polegała nie tylko na nadmiernej liczebności, lecz także na splamieniu się przez bardzo wielu żydowskich funkcjonariuszy UB przykładami ogromnego okrucieństwa, brakiem jakichkolwiek skrupułów i brutalnym łamaniem prawa wobec polskich więźniów politycznych.

Rzecz znamienna – złowieszcza rola żydowskich funkcjonariuszy jest widoczna w każdej bardziej znaczącej zbrodni UB, od ludobójczych mordów w obozie w Świętochłowicach począwszy, poprzez sądowe mordy na generale Fieldorfie „Nilu” i rotmistrzu Pileckim, po proces gen. Tatara i współoskarżonych wyższych wojskowych.

Główni winowajcy zabójstwa tego polskiego bohatera to w przeważającej części żydowscy komuniści. Była wśród nich czerwona prokurator Helena Wolińska (Fajga Mindla-Danielak), która zadecydowała o bezprawnym aresztowaniu gen. Fieldorfa, a później równie bezprawnie przedłużała czas jego aresztowania. Wyrok śmierci na generała w sfabrykowanym procesie wydała sędzia komunistka żydowskiego pochodzenia Maria Gurowska z domu Sand, córka Moryca i Frajdy z domu Einseman.

Dodajmy do tego żydowskie pochodzenie trzech z czterech osób wchodzących w skład kolegium Sądu Najwyższego, które zatwierdziły wyrok śmierci na polskiego bohatera (sędziego dr. Emila Merza, sędziego Gustawa Auscalera i prokurator Pauliny Kern). Cała trójka później dożywała ostatnich lat swego życia w Izraelu.

Przypomnijmy również, że wcześniej w rozprawie pierwszej instancji oskarżał gen. „Nila” jeden z najbezwzględniejszych prokuratorów żydowskiego pochodzenia Benjamin Wajsblech. Dodajmy, że prawdopodobnie sam Józef Różański (Goldberg) wręczał przesłuchującemu gen. Fieldorfa porucznikowi Kazimierzowi Górskiemu tzw. pytajniki, tj. odpowiednio spisane zestawy pytań, które miał zadawać więźniowi (wg P. Lipiński, Temat życia: wina, Magazyn „Gazety Wyborczej”, 18 listopada 1994 r.).

Warto przypomnieć w tym kontekście fragment rozmowy Sławomira Bilaka z Marią Fieldorf-Czarską, córką zamordowanego generała.

Powiedziała ona m.in.: „Pytam się dlaczego nikt nie mówi, że w sprawie mojego ojca występowali wyłącznie sami Żydzi? Nie wiem, dlaczego w Polsce wobec obywatela polskiego oskarżali i sądzili Żydzi” (cyt. za: Temida oczy ma zamknięte. Nikt nie odpowie za śmierć mojego ojca, „Nasza Polska”, 24 lutego 1999 r.).

Przypomnijmy teraz jakże haniebną sprawę wydania wyroku śmierci na jednego z największych polskich bohaterów rotmistrza Witolda Pileckiego i stracenia go w 1948 roku. Człowieka, który dobrowolnie dał się aresztować, aby trafić do Oświęcimia i zbadać prawdę o sytuacji w obozie, a później stał się tam twórcą pierwszej obozowej konspiracji. Oficera, którego wybitny angielski historyk Michael Foot nazwał „sumieniem walczącej przeciw hitlerowcom Europy” i jedną z kilku najwybitniejszych i najodważniejszych postaci europejskiego Ruchu Oporu. Otóż – jak pisał na temat sprawy rotmistrza Pileckiego i współoskarżonych z nim w procesie Tadeusz M. Płużański:

„Wyroki zapadły już wcześniej – wydał je dyrektor departamentu śledczego MBP Józef Goldberg Różański. Podczas jednego z przesłuchań powiedział Płużańskiemu: „Ciebie nic nie uratuje. Masz u mnie dwa wyroki śmierci. Przyjdą, wyprowadzą, pieprzną ci w łeb, i to będzie taka zwykła ludzka śmierć” (por. T.M. Płużański, Prokurator zadań specjalnych, „Najwyższy Czas”, 5 października 2002 r.).

Warto przy okazji stwierdzić, że jednym z członków kolegium Najwyższego Sądu Wojskowego, który 3 maja 1948 r. zatwierdził wyrok śmierci na Pileckim, wykonany 25 maja 1948 r., był sędzia Leo Hochberg, syn Saula Szoela (wg T.M. Płużański, Prawnicy II RP, komunistyczni zbrodniarze, „Najwyższy Czas”, 27 października 2001 r.).

Pominę tu szersze relacjonowanie jednej z najczęściej przypominanych zbrodni – ludobójczego wymordowania około 1650 niewinnych więźniów w ciągu niecałego roku przez Salomona Morela i podległych mu żydowskich oprawców z UB (zob. na ten temat szerzej książkę autora jakże rzetelnego żydowskiego samo-rozrachunku Johna Sacka „Oko za oko”, Gliwice 1995).

Przypomnę tu tylko jedną z ulubionych „zabaw” ludobójczego „kata ze Świętochłowic” S. Morela, polegającą na ustawianiu piramid z ludzi, którym kazał się kłaść czwórkami jedni na drugich. Gdy stos ciał był już dostatecznie duży, wskakiwał na nich, by jeszcze zwiększyć ciężar. Po takich „zabawach” ludzie z górnych części stosu wychodzili w najlepszym wypadku z połamanymi żebrami, natomiast dolna czwórka lądowała w kostnicy.

Dużo mniej znane są późniejsze zbrodnie, popełnione przez Morela na młodocianych polskich więźniach politycznych „reedukowanych” w obozie w Jaworznie. Morel zastąpił tam na stanowisku komendanta kapitana NKWD Iwana Mordasowa. W książce Marka J. Chodakiewicza, „Żydzi i Polacy 1918-1945” (Warszawa 2000, s. 410), czytamy:

„Między 1945 a 1949 rokiem w obozie w Jaworznie zmarło około 10 tysięcy więźniów”. Te aż tak przerażające dane liczbowe brzmią wprost niewiarygodnie i wymagają gruntownego sprawdzenia, choć Chodakiewicz przytacza je za źródłową pracą M. Wyrwicha, („Łagier Jaworzno”, Warszawa 1995).

Różne relacje potwierdzają w każdym razie wyjątkowe okrucieństwo okazywane wobec młodocianych polskich więźniów przez komendanta Morela. Począwszy od witania przez niego kolejnych transportów młodocianych więźniów typowym dlań powitaniem:

„Popatrzcie na słońce, bo niektórzy widzą je po raz ostatni!”. Czy słowami: „Jesteście bandytami, pokażemy wam tutaj, co znaczy wojowanie przeciwko władzy ludowej”.

(Oba cytaty za tekstem napisanego przez Mieczysława Wiełę „Listu otwartego do premiera rządu RP” („Jaworzniacy” nr 2/29 z lutego 1999 r.).

Poza katuszami fizycznymi Morel lubił zadawać swoim ofiarom różne udręki psychiczne. Na przykład kazał pisać po tysiąc razy: „Nienawidzę Piłsudskiego” (wg M. Wyrwich, „Łagier Jaworzno”, Warszawa 1995, s. 90).

Ludobójczy zbrodniarz S. Morel otrzymywał polską rentę – mniej więcej 5 tys. zł.

Czołowy historyk IPN dr hab. Jan Żaryn pisał niedawno:

”Doświadczenia z lat 1944-1945 jedynie utrwalały stereotyp żydokomuny”. „NKWD przy pomocy pozostałych Żydów urządza krwawe orgie’ – meldował Władysław Liniarski „Mścisław”, komendant Okręgu AK w Białymstoku w styczniu 1945 r. do „polskiego Londynu” (…).

Polacy po wojnie, używając hasła „żydokomuna”, posługiwali się zatem stereotypem wytworzonym przez samych Żydów komunistów. Żydzi stawali się zatem współodpowiedzialnymi za cierpienia Polaków, w tym za utratę – po raz kolejny – niepodległości państwowej.

Do rodzin docierały szczegóły tortur, jakim byli poddawani w ubeckich kazamatach ich najbliżsi – często żołnierze podziemia niepodległościowego. „Gdy wyszedłem z karceru, zaraz wzięli mnie na górę i enkawudzista Faber [Samuel Faber – przypis J. Żaryna], (kto on był, nie wiem, czy to Polak, czy Rosjanin, na pewno Żyd) (…) kazał mnie związać. Zawiązali mi usta szmatą i między ręce i nogi wsadzili mi kij, na którym mnie zawiesili, po czym do nosa zaczęli mi wlewać chyba ropę. Po jakimś czasie przestali. Przytomności nie straciłem, więc wszystko do końca czułem. Dostałem od tego krwotoku (…)’ – wspominał Jakub Górski „Jurand”, żołnierz AK” (…).

Inny działacz podziemia niepodległościowego, Mieczysław Grygorcewicz, tak zapamiętał pierwsze dni pobytu w areszcie NKWD i UB w Warszawie:

„(…) Na pytania zadawane przez Józefa Światłę – szefa Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa początkowo nie odpowiadałem, byłem obojętny na wszystkie groźby i krzyki, opanowała mnie apatia, przede mną stanęła wizja śmierci. Przecież jestem w rękach wroga, i to w rękach żydowskich, których w UB nie brakowało. Poczułem do nich ogromny wstręt, przecież miałem do czynienia z szumowiną społeczną, przeważnie wychowaną w rynsztoku nalewkowskim”.

„Józef Światło – Żyd z pochodzenia, mając pistolet w ręku, oświadczył mi, że jeżeli nie podam swego miejsca zamieszkania, strzeli mi w łeb (…)”.

Światło przyprowadził Halickiego, kierownika sekcji śledczej, który również był Żydem, i ten rozpoczął śledztwo wstępne (…). Oficerowie ubowscy zmieniali się często (…). Szczególnie jeden z nich brutalnie i ordynarnie do mnie się odzywał, groził karą śmierci bez sądu. Jak się później dowiedziałem od śledczego porucznika Łojki – był to sam Józef Różański (Józef Goldberg), zastępca Radkiewicza, ministra bezpieczeństwa.

W takiej sytuacji i wśród tej zgrai ubeckiej byłem przygotowany na najgorsze, nawet na rozstrzelanie (…)”. (cyt. za J. Żaryn, Hierarchia Kościoła katolickiego wobec relacji polsko-żydowskich w latach 1945-1947, we: „Wokół pogromu kieleckiego”, Warszawa 2006, s. 86-88)”.

Przypomnijmy, że wymieniony tu Józef Różański (Goldberg), dyrektor Departamentu Śledczego w MBP zyskał sobie zasłużoną sławę najokrutniejszego kata bezpieki. Od byłego oficera AK Kazimierza Moczarskiego, który był jedną z ofiar „piekielnego śledztwa” prowadzonego pod nadzorem Różańskiego, wiemy, jakie były metody katowania więźniów przesłuchiwanych w MBP. Spośród 49 rodzajów maltretowania i tortur, którym go poddawano, Moczarski wymienił m.in.:

„1. bicie pałką gumową specjalnie uczulonych miejsc ciała (np. nasady nosa, podbródka i gruczołów śluzowych, wystających części łopatek itp.);

2. bicie batem, obciągniętym w tzw. lepką gumę, wierzchniej części nagich stóp – szczególnie bolesna operacja torturowa;

3. bicie pałką gumową w pięty (seria po 10 uderzeń na piętę – kilka razy dziennie);

4. wyrywanie włosów ze skroni i karku (tzw. podskubywanie gęsi), z brody, z piersi oraz z krocza i narządów płciowych;

5. miażdżenie palców między trzema ołówkami (…);

6. przypalanie rozżarzonym papierosem okolicy ust i oczu; (…)

8. zmuszanie do niespania przez okres 7-9 dni (…)” (cyt. za K. Moczarski, Piekielne śledztwo, „Odrodzenie”, 21 stycznia 1989 r.).

Dygnitarz MBP – Józef Światło nadzorował tajne więzienie w Miedzeszynie, gdzie do metod wydobywania zeznań należało m.in. skazywanie na klęczenie na podłodze z cegieł z podniesionymi do góry rękami przez 5 godzin, przepędzanie nago korytarzami z jednoczesnym chłostaniem stalowymi prętami, bicie pałką splecioną ze stalowych drutów (wg T. Grotowicz, Józef Światło, „Nasza Polska”, 22 lipca 1998 r.).

O tych wszystkich okrucieństwach i zbrodniach żydowskich katów z UB nie znajdziemy nawet jednego zdania informacji w książkach J. T. Grossa, tak chętnie i obszernie rozpisującego się o zbrodniach popełnionych przez Polaków na Żydach.

Warto przypomnieć, że Różański (Goldberg) był odpowiedzialny za działanie tajnej grupy ubeckich morderców, którzy na jego polecenie potajemnie mordowali w lesie wybranych żołnierzy AK i porywanych z ulicy ludzi. Tak zamordowano m.in. formalnie zwolnionego z aresztu ks. Antoniego Dąbrowskiego, byłego kapelana 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej (27 DP AK) – wielkiej jednostki piechoty Armii Krajowej utworzonej z sił Okręgu Wołyń w ramach akcji „Burza”. W marcu 1944 27 DP AK liczyła około 6000 żołnierzy.

Wśród skrytobójczo zamordowanych po wywiezieniu z więzienia do lasu był m.in. pułkownik AK Aleksander Bielecki, na którym bezpiece nie udało się wymusić oczekiwanych zeznań, oraz jego żona.

Warto przypomnieć, że żydowski komunista Leon Kasman, przez wiele lat redaktor naczelny organu KC PZPR „Trybuny Ludu”, był tym działaczem, który najgwałtowniej nawoływał do zaostrzenia represji wobec przeciwników politycznych podczas obrad Biura Politycznego KC PPR w październiku 1944 roku.

„Wsławił się” wówczas powiedzeniem: „Przerażenie ogarnia, że w tej Polsce, w której partia jest hegemonem, nie spadła nawet jedna głowa” (cyt. za P. Lipiński, Bolesław Niejasny, Magazyn „Gazety Wyborczej”, 3 maja 2000 r.).

I głowy polskich patriotów, głównie AK-owców, zaczęły spadać w przyspieszonym tempie na skutek rozpętanej wówczas pierwszej wielkiej fali terroru przeciw Narodowi.

I tak np. w grudniu 1944 r. doszło do rozstrzelania pięciu AK-owców w piwnicy domu przed Zamkiem Lubelskim. Ich sprawę prowadził prokurator wojskowy narodowości żydowskiej (wg. mgr Marek Kolasiński, sędzia Sądu Apelacyjnego w Lublinie, „Raport o sądowych morderstwach”, Warszawa 1994, s. 108).

Jaskrawe przykłady okrucieństwa żydowskich śledczych wobec przesłuchiwanych polskich oficerów znajdujemy w tzw. sprawie bydgoskiej.

Jerzy Poksiński opisał np., jak to „kpt. Mateusz Frydman chwytał przesłuchiwanych oficerów za gardło i tłukł ich głową o ściany, powiedział do majora Krzysika:

„Zastrzelę cię, a grób zaorzę, aby ci Anders nie mógł pomnika wystawić” (por. J. Poksiński, „TUN. Tatar – Utnik – Nowicki”, Warszawa 1992, s. 38).

W sprawie bydgoskiej zmarł zamęczony płk Józef de Meksz. W toku innej sfabrykowanej sprawy niewinnych oficerów, tzw. sprawy zamojsko-bydgoskiej, zmarł zamęczony w więzieniu płk Julian Załęski. Stracił on życie jako ofiara okrutnych tortur nakazanych przez jednego z najbezwzględniejszych żydowskich oprawców – szefa Głównego Zarządu Informacji Wojska Polskiego płk. Stefana Kuhla, zwanego „krwawym Kuhlem” (por. A.K. Kunert – J. Poksiński, Płk Stefan Kuhl, „Życie Warszawy”, 24 lutego 1993 r.).

Dyrektor departamentu V MBP żydowską komunistkę Lunę Brystygierową, wyspecjalizowaną w prześladowaniu Kościoła katolickiego i inteligencji patriotycznej, nazywano „Krwawą Luną” z powodu wyjątkowej bezwzględności, z jaką przesłuchiwała więźniów. Żołnierz AK i były więzień polityczny Anna Rószkiewicz-Litwinowiczowa pisała w swych wspomnieniach, iż:

„Julia Brystygierowa słynęła z sadystycznych tortur zadawanych młodym więźniom. W czasie przesłuchań we Lwowie wsadzała więźniom genitalia do szuflady, gwałtownie ją zatrzaskując. Była zboczona na punkcie seksualnym, i tu miała pole do popisu” (por. A. Rószkiewicz – Litwinowiczowa, Trudne decyzje. Kontrwywiad Okręgu Warszawa AK 1943-1944. Więzienie 1949-1954, Warszawa 1991, s. 106).

Do najhaniebniejszych spraw należało aresztowanie w 1947 r. na podstawie sfabrykowanych oskarżeń majora Mieczysława Słabego, byłego lekarza westerplatczyków, najsłynniejszej bohaterskiej formacji polskiej wojny obronnej 1939 roku.

Major Słaby już po kilku miesiącach przesłuchań zmarł w wieku zaledwie 42 lat na skutek ran odniesionych podczas śledztwa. Jego sprawę prowadził wiceprokurator mjr S.D. Mojsezon (Mojżeszowicz), Żyd z pochodzenia.

On to napisał własnoręczne rzekome „zeznania” mjr. Słabego, przyznającego się w nich do tego, jakoby „działał na szkodę państwa polskiego”. Majora Słabego nakłoniono zaś odpowiednimi metodami do podpisania sformułowanych przez prokuratora Mojsezona zeznań. Skatowany major umarł przed skazaniem i wyrokiem.

Na wyjaśnienie ciągle czeka po dwukrotnych umorzeniach śledztwa (w 1993 i 1995 r.) sprawa kulisów śmierci w gmachu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego jednego z bohaterów książki Aleksandra Kamińskiego z batalionu „Zośka” – Jana Rodowicza ps. „Anoda”.

Był jedną z postaci słynnych z niewiarygodnej wręcz odwagi, poświęcenia i zdolności do ryzyka. Za swe wojenne zasługi był odznaczony Krzyżem Walecznych (dwukrotnie) i Krzyżem Virtuti Militari.

Wszechstronnie uzdolniony, studiował na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej, gdy padł ofiarą represji. Aresztowano go w wigilię Bożego Narodzenia 1948 r. i zabrano do ubeckiej katowni. Jego przesłuchiwaniami kierował naczelnik V Departamentu MBP major żydowskiego pochodzenia Wiktor Herer (później profesor ekonomii).

Zaledwie w dwa tygodnie po aresztowaniu legendarny „Anoda” zginął w gmachu MBP. Z informacji złożonych w prokuraturze przez innego członka batalionu „Zośka”, uwięzionego w tym samym czasie, co „Anoda”, Rodowicz został zastrzelony przez Bronisława K. z MBP.

Były naczelnik w MBP Wiktor Herer zaprzeczył wersji o zamordowaniu „Anody”. Podtrzymał starą oficjalną wersję, jakoby „Anoda” popełnił samobójstwo, skacząc na parapet otwartego okna i wyskakując z czwartego piętra.

Wersja ta wydaje się dość nieprawdopodobna, choćby ze względu na to, że był wówczas środek zimy – 7 stycznia 1949 r. Jak więc wytłumaczyć twierdzenie, że w takim czasie w budynku MBP na czwartym piętrze było otwarte okno?

Generalnie ciągle za mało znane są liczne zbrodnie popełnione w różnych województwach na polecenie i pod dowództwem miejscowych żydowskich ubeków. Typowym przykładem pod tym względem jest sprawa zbrodni na 16 Polakach – zdemobilizowanych żołnierzach AK i NSZ dokonanej w Siedlcach 12 i 13 kwietnia 1945 roku.

W toku postępowania prokuratorskiego w latach 90. bezspornie udowodniono, że mordu dokonali pracownicy Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Siedlcach. W czasie zbrodni szefem ówczesnego UB w Siedlcach był por. Edward Słowik, oficer narodowości żydowskiej, mający za „doradcę” oficera NKWD – majora Timoszenkę.

W momencie zbrodni w całym ówczesnym siedleckim UB na około 50 pracowników, około 20 było narodowości żydowskiej. Według historyka Marka J. Chodakiewicza, większość uczestników porwań i zabójstw 16 byłych żołnierzy podziemia niepodległościowego w Siedlcach, a wśród nich Braun (Bronek) Blumsztajn i Hersz Blumsztajn, została przeniesiona służbowo do innych miejscowości (por. M.J. Chodakiewicz, op. cit., s. 466).

Spośród zbrodniczych oficerów śledczych żydowskiego pochodzenia warto osobno wymienić majora (Izaaka) Ignacego Maciechowskiego, zastępcę szefa Wydziału IV GZI w latach 1949-1951. Według raportu komisji Mazura prowadził on śledztwo wymierzone przeciw gen. Tatarowi, płk. Uziębło, płk. Sidorskiemu, płk. Barbasiewiczowi, płk. Jurkowskiemu i mjr. Wackowi przy użyciu bardzo brutalnych metod przesłuchań. Kilku z torturowanych przez Maciechowskiego oficerów po przyznaniu się do „win” zostało skazanych przez stalinowskie sądy na karę śmierci, płk Ścibor, płk Barbasiewicz i płk Sidorski (por. T. Grotowicz, Ignacy Maciechowski, „Nasza Polska” z 10 lutego 1999).

Osobny obszerny temat, który tu przedstawiam bardzo skrótowo, to sprawa rozlicznych odpowiedzialnych sędziów żydowskiego pochodzenia typu wspomnianej już prokurator Heleny Wolińskiej (Fajgi Mindla-Danielak) czy sędzi Marii Gurowskiej.

Wymieńmy tu m.in. takie osoby, jak zastępcę prokuratora generalnego PRL Henryka Podlaskiego, zastępcę szefa Najwyższego Sądu Wojskowego i szefa Zarządu Wojskowego Oskara Szyję Karlinera (doprowadził on do takiego opanowania stanowisk w tym zarządzie przez oficerów żydowskiego pochodzenia, że instytucję tę złośliwie nazywano „Naczelnym Rabinatem Wojska Polskiego”), szefa Głównego Zarządu Informacji Wojska Polskiego płk. Stefana Kuhla, prokuratora Benjamina Wajsblecha, sędziego Stefana Michnika, ppłk. Filipa Barskiego (Badnera), kpt. Franciszka Kapczuka (Nataniela Trau), prokuratora Henryka Holdera, sędziego Najwyższego Sądu Wojskowego Marcina Danziga, sędziego płk. Zygmunta Wizelberga, sędziego Aleksandra Wareckiego (Weishaupta), prokuratora płk. Kazimierza Graffa, sędziego Emila Merza, płk. Józefa Feldmana, płk. Maksymiliana Lityńskiego, płk. Mariana Frenkla, płk. Nauma Lewandowskiego, prokuratorów w Prokuraturze Generalnej: Benedykta Jodelisa, Paulinę Kern, płk. Feliksa Aspisa, płk. Eugeniusza Landsberga.

Dość przypomnieć, że tylko w 1968 r. wyjechało około 1000 osób z dawnego aparatu władzy, skompromitowanych udziałem w służbach specjalnych UB, etc. (według informacji podanej 12 marca 1993 r. w audycji telewizyjnej przez wybitnego badacza najnowszej historii płk. J. Poksińskiego).

A przypomnijmy, że część żydowskich ubeków i morderców sądowych, najbardziej skompromitowanych działaniami w aparacie terroru, opuściła Polskę już wcześniej, w pierwszych latach po 1956 r. Porównajmy te dane ze skrajnie próbującym pomniejszyć rolę Żydów w aparacie represji J.T. Grossem, wypisującym uwagi o „paru tuzinach Żydów” , „działających jako pachołki Stalina”.

Wspomnę tu tylko bardzo skrótowo o kilku mało świetlanych postaciach z kręgu sądownictwa. Do najbardziej bezwzględnych prokuratorów żydowskiego pochodzenia należał Kazimierz Graff, syn kupca Maurycego Graffa i nauczycielki Gustawy Simoberg, były przewodniczący Warszawskiego Akademickiego Komitetu Antygettowego w latach 1937-1938.

26 lutego 1946 r. jako wiceprokurator Wydziału do Spraw Doraźnych Sądu Okręgowego w Siedlcach podczas sesji wyjazdowej w Sokołowie Podlaskim doprowadził do skazania na karę śmierci 10 żołnierzy AK.

Już następnego dnia Graff wydał rozkaz rozstrzelania skazanych AK-owców, „aby nie zdążyli złożyć przysługującej im z mocy prawa prośby o ułaskawienie” (wg: T.M. Płużański, „Przypadek prokuratora Graffa”, „Najwyższy Czas”, 6 lipca 2002 r.).

Dzięki swej bezwzględności po serii mordów sądowych Graff szybko awansował do rangi zastępcy Naczelnego Prokuratora Wojskowego w randze pułkownika. Był głównym oskarżycielem w sprawie Konspiracyjnego Wojska Polskiego dowodzonego przez kpt. Stanisława Sojczyńskiego „Warszyca”, doprowadzając do wydania wyroków śmierci na „Warszyca” i szereg innych współoskarżonych.

Główna Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu ustaliła, że w sprawie tej „miało miejsce morderstwo sądowe” (por. tamże). Graff „zasłynął” m.in. jako współautor aktu oskarżenia w sfabrykowanym procesie gen. S. Tatara i innych wyższych wojskowych, mającym wykryć „spisek w wojsku” (por. tamże).

Opracowany przezeń akt oskarżenia uznany został jednak za zawierający wiele oskarżeń „zbyt naiwnych i musieli go przerabiać dwaj dużo bardziej doświadczeni od Graffa spece od stalinowskich śledztw – A. Fejgin i J. Różański.

Morderca sądowy Stefan Michnik, brat obecnego redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej” Adama Michnika, błyskawicznie awansował w wieku zaledwie 27 lat do rangi kapitana, mimo że nie posiadał matury.

„Zasłużył się” tak swą gorliwością w sfabrykowanych procesach politycznych. Już jako podporucznik był sędzią wydającym wyroki w sfabrykowanych procesach mjr. Zefiryna Machalli, płk. Maksymiliana Chojeckiego, mjr. Jerzego Lewandowskiego, płk. Stanisława Weckiego, mjr. Zenona Tarasiewicza, ppłk. Romualda Sidorskiego, ppłk. Aleksandra Kowalskiego.

10 stycznia 1952 r. stracono w wieku 37 lat skazanego na śmierć przez Stefana. Michnika mjr. Z. Machallę (został zrehabilitowany pośmiertnie 4 maja 1956 r.).

8 grudnia 1954 r. zmarł w niecały miesiąc po udzieleniu mu przerwy w wykonaniu kary więzienia skazany przez Michnika na karę 13 lat więzienia płk Stanisław Wecki. Na szczęście nie wykonano wyroków śmierci na skazanych przez S. Michnika na śmierć płk. M. Chojeckim i mjr. J. Lewandowskim.

W 1951 r. został stracony z wyroku S. Michnika mjr Karol Sęk (w procesie podlaskiego NSZ – zbrodnia całkowicie nieznana.

Tak Stefan Michnik skazywał żołnierzy NSZ na śmierć.

Karol Sęk to jedna z piękniejszych kart patriotycznych. W wieku 16 lat zerwał godło niemieckie, później uczestniczył w wojnie polsko-bolszewickiej. W czasie II wojny światowej więzień Majdanka, żołnierz NOW i NSZ. Życie dla Polski zostało przerwane 7 czerwca 1952 r. decyzją Stefana Michnika, brata Adama Michnika. Karol Sęk zginął zamordowany w więzieniu.

W tym samym procesie podlaskiego NSZ Stefan Michnik wydał jeszcze dwa wyroki śmierci: jeden wykonano (na Stanisławie Okunińskim), inny (na Tadeuszu Moniuszce) złagodzono na dożywocie. W „Życiu” z 11 lutego 1999 r. podano, że według informacji redakcji S. Michnik wydał około 20 wyroków śmierci w procesach politycznych.

Prof. Witold Kulesza, ówczesny szef pionu śledczego IPN, szumnie zapowiadał, że Instytut Pamięci Narodowej będzie się domagał ekstradycji Stefana Michnika.

Ciekawe, jakie to względy (czyżby troska o to, żeby nie osłabiać „autorytetu” Adama Michnika?) zdecydowały o wycofaniu się z tej zapowiedzi? Warto przy tym zapytać, dlaczego kieresowskim władzom IPN zabrakło elementarnej uczciwości i odwagi do publicznego poinformowania o motywach wycofania się z zapowiedzianych żądań ekstradycji S. Michnika?

Wśród innych morderców sądowych warto wspomnieć m.in. o przypadku szefa Prokuratury Wojskowej w Warszawie płk. Eugeniusza Landsberga. Został on uratowany przez Polaków w czasie wojny dzięki schronieniu danym mu przy kościele katolickim. Odpłacił się za nie licznymi wyrokami śmierci na polskich patriotów w sfabrykowanych procesach politycznych.

Obsadzenie bardzo wielu wpływowych stanowisk w UB, prokuraturze i sądach osobami żydowskiego pochodzenia, niezwiązanymi z polskością, z polskimi tradycjami narodowymi i patriotyzmem, stawało się dla sterujących sprawami w Polsce stalinowskich dygnitarzy sowieckich najlepszą gwarancją zdecydowania w walce z polskimi patriotami z podziemia niepodległościowego. I pod tym względem się nie zawiedziono.

Spośród ubeków, sędziów i prokuratorów żydowskiego pochodzenia wywodziła się szczególnie duża liczba najbardziej nieubłaganych „pogromców” polskiego AK-owskiego podziemia gotowych do konstruowania przeciw niemu najbardziej absurdalnych oskarżeń.

Typowy pod tym względem był sędzia Dawid Rozenfeld, który uzasadniał wyrok skazujący tylko na dożywocie agentkę gestapo winną zadenuncjowania i śmierci wielu żołnierzy i oficerów AK, współwinną wydania gestapo gen. Stefana Roweckiego „Grota”. Jako okoliczność łagodzącą sędzia Rozenfeld uznał w przypadku tej agentki to, iż:

„Zdaniem Sądu Wojewódzkiego oskarżona jest ofiarą zbrodniczej działalności kierownictwa AK, które jak wiemy obecnie, współpracowało z Gestapo, było na usługach Gestapo i wraz z Gestapo walczyło przeciw większej części Narodu Polskiego w jego walce o narodowe i społeczne wyzwolenie” (cyt. za: J. Piłek, Stalinowcy są wśród nas, w: „Gazeta Polska”, 4 sierpnia 1994).

ADWO – KACI

Dodajmy do powyższych opisów jeszcze rolę niektórych adwokatów pochodzenia żydowskiego. Szczególny typ „obrońcy” w procesach politycznych reprezentował np. adwokat żydowskiego pochodzenia Mieczysław (Mojżesz) Maślanko. Tak „bronił” swych podopiecznych, że porównał grupę Moczarskiego do Gestapo i Abwehry, twierdząc, że „wszystkie te instytucje zostały powołane przez klasy posiadające, które chcą zatrzymać koło historii” (wg: T.M. Płużański, Adwo-kaci, w: „Najwyższy Czas”, 26 stycznia 2003 r.).

W podobny sposób Maślanko „bronił” – oskarżając szefa II Zarządu Głównego WiN płk. Franciszka Niepokólczyckiego, słynnego „Łupaszkę”, czyli mjr. Zygmunta Szendzielarza, dowódcę V Wileńskiej Brygady AK, narodowca Adama Doboszyńskeigo, rotmistrza Witolda Pileckiego i współoskarżonych, gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila” (Maślanko zgodził się z większością rzekomych dowodów „winy” gen. „Nila”).

Według ostatniego delegata Rządu w Londynie na Kraj Stefana Korbońskiego, w sprawie Pileckiego i współoskarżonych „Różański postawił sprawę jasno: obowiązkiem rady obrońców (której przewodniczył Maślanko – przypis T.M. Płużańskiego) jest gromadzenie dowodów przeciw oskarżonym” (por. tamże).

Niegodne zachowanie M. Maślanki, robiącego wszystko, by pogrążyć oskarżonych, których miał bronić, było tym bardziej oburzające, że on sam został uratowany od śmierci w Oświęcimiu przez słynnego narodowca Jana Mosdorfa.

Podobnym do Maślanki „obrońcą”, a raczej „adwo-katem” w sprawach politycznych był inny adwokat żydowskiego pochodzenia, pracujący we wspólnej kancelarii z Maślanką – Edward Rettinger.

„Bronił” on Moczarskiego i jego kolegów słowami: „(…) to było bajoro zbrodni, którego miazmaty dziś nam trują jeszcze duszę. To było bajoro zbrodni, gdzie zastygła krew lepi się jeszcze do rąk” (por. tamże).

Innym tego typu pseudoobrońcą był Marian Rozenblitt, który działał już w sądownictwie polskiej armii w ZSRS.

W Krakowie działali konfidenci Gestapo i SB, jak żydowscy adwokaci Maurycy Wiener i Karol Buczyński. Prokuratorem wojewódzkim w Krakowie był Rek, a jego zastępcami Gołda, Józef Skwierawski, Krystyna Pałkówna. Działali wspólnie i w porozumieniu z adwokatami Wienerem i Buczyńskim, za grube pieniądze umarzając śledztwa pospolitych bandytów.

Bogatych bandziorów „rekomendował” Bruno Miecugow, tatuś Grzegorza Miecugowa dziennikarza TVN. Bruno Miecugow jako sygnatariusz haniebnej listy 53 literatów w sprawie wyroków śmierci w procesie „Kurii krakowskiej” wysłał przy pomocy lekarki Żydówki M. Orwid (psychiatria) do krakowskiego Kobierzyna (szpital psychiatryczny) wielkiego polskiego architekta i patriotę Wiesława Zgrzebnickiego („Zgrzesia”) za publiczne potępienie w krakowskim Klubie Dziennikarzy „Pod Gruszką” podpisu Brunona Miecugowa w owej hańbie 53 krakowskich literatów. Hańbę „53” podpisali jeszcze m.in. Wisława Szymborska i Sławomir Mrożek, z decyzji kard. Stanisława Dziwisza pochowany w Panteonie Narodowym w krypcie pod kościołem św. Piotra i Pawła w Krakowie.

Wiesław Zgrzebnicki zadręczony przez krakowską ubecką kobierzyńską psychuszkę zmarł w wieku 40 lat.

Do pomocy Brunonowi Miecugowowi wyznaczono krakowską lekarkę Ewę Hołowiecką sekretarza POP PZPR w krakowskiej Akademii Medycznej.

Należy przypomnieć zbrodnie wojenne:

Zbrodnia w Nalibokach – masakra polskich mieszkańców wsi Naliboki dokonana przez oddziały sowieckich i żydowskich partyzantów 8 maja 1943 roku pod dowództwem Pawła Gulewicza z Brygady im. Stalina, w tym grupa składająca się z osób narodowości żydowskiej (trwa ustalanie czy była to część oddziału pod dowództwem Tewje Bielskiego czy Szolema Zorina). http://www.bibula.com/?p=2061

Tewje Bielski lub Tuwia Bielski i Anatol Bielski (ur. 8 maja 1906 w Stankiewiczach koło Nowogródka, zm. 1987 w Nowym Jorku) – polscy Żydzi, twórcy (wraz z trójką braci) i dowódcy żydowskiego oddziału partyzanckiego w lasach Puszczy Nalibockiej podczas II wojny światowej.

Spalono kościół, szkołę, pocztę, remizę i część domów mieszkalnych, resztę osady ograbiono. Zginęło także kilku napastników. W sowieckich źródłach szacowano liczbę zabitych Polaków na 250 osób, 6 sierpnia 1943 roku wieś została ponownie spacyfikowana, tym razem przez oddziały niemieckie, w ramach tzw. „Akcji Hermann”, a jej mieszkańców wywieziono w głąb Rzeszy na roboty przymusowe.

Zbrodnia w Koniuchach – zbiorowe morderstwo co najmniej 38 polskich mieszkańców (mężczyzn, kobiety i dzieci; najmłodsze miało 2 lata) wsi Koniuchy (dziś na terenie państwa litewskiego, dawniej w II Rzeczypospolitej w województwie nowogródzkim w powiecie lidzkim) dokonane 29 stycznia 1944 przez partyzantów sowieckich (Rosjan i Litwinów) i żydowskich.

W czasie pogromu we wsi spalono większość domów, oprócz zamordowanych co najmniej kilkunastu mieszkańców zostało rannych, a przynajmniej jedna osoba z nich zmarła następnie z ran. Przed atakiem wieś zamieszkana była przez około 300 polskich mieszkańców, istniało w niej około 60 zabudowań. Partyzanci sowieccy wcześniej często rekwirowali mieszkańcom wsi żywność, ubrania i bydło, dlatego też tutejsi mieszkańcy powołali niewielki ochotniczy oddział samoobrony.

W sprawie masakry w Koniuchach prowadzone jest śledztwo IPN. Dotychczas ustalono, że napadu dokonały sowieckie oddziały partyzanckie stacjonujące w Puszczy Rudnickiej: „Śmierć faszystom” i „Margirio”, wchodzące w skład Brygady Wileńskiej Litewskiego Sztabu Ruchu Partyzanckiego, oraz „Śmierć okupantowi”, wchodzący w skład Brygady Kowieńskiej.

Do oddziałów tych należeli Rosjanie i Litwini, większość oddziału „Śmierć okupantowi” tworzyli Żydzi i żołnierze Armii Czerwonej zbiegli z obozów jenieckich. Oddział żydowski liczył 50 ludzi, a oddziały rosyjsko-litewskie około 70 osób. Dowódcami byli Jakub Penner i Samuel Kaplinsky.

Według jednego z napastników, Chaima Lazara, celem operacji była zagłada całej ludności łącznie z dziećmi jako przykład służący zastraszeniu reszty wiosek. Według ustaleń Kongresu Polonii Kanadyjskiej, będących podstawą wszczęcia śledztwa, liczba zabitych była większa (ok. 130).

Atak na Koniuchy i wymordowanie tutejszej ludności cywilnej był największą z szeregu podobnych akcji prowadzonych w 1943 i 1944 przez oddziały partyzantki sowieckiej i żydowskiej w Puszczy Rudnickiej i Nalibockiej (np. masakra ludności w miasteczku Naliboki).

W maju 2004 w Koniuchach odsłonięto pomnik pamięci ofiar, zawierający 34 ustalone nazwiska ofiar.

W powojennych opracowaniach, na podstawie m.in. relacji żydowskich uczestników ataku na wieś (np. Izaaka Chaima i Chaima Lazara) często podawano informacje o zamordowaniu wszystkich 300 mieszkańców, a także o walkach z oddziałem niemieckich żołnierzy (w innych źródłach litewskiej policji).

Jednak późniejsze opracowania nie potwierdziły obecności Niemców czy policjantów w wiosce, a także zakwestionowały tezę, że zginęli wszyscy mieszkańcy wsi (część z mieszkańców uciekła z masakry i przeżyła wojnę). Informacja stwierdzająca, że wymordowani zostali wszyscy polscy mieszkańcy wsi Koniuchy pojawiała się także w ówczesnych meldunkach struktur Polskiego Państwa Podziemnego.

Dokumenty, źródła, cytaty:
prof. Jerzy Robert Nowak, („Nasz Dziennik”, 18 sierpnia 2006)
http://pantarhei.type.pl/1712/zydowscy-kaci-w-powojennej-polsce/
http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=10450&Itemid=53
http://www.wicipolskie.org/index.php?option=com_content&task=view&id=9400&Itemid=56

Aleksander Szumański, 08.07.2014
http://aleksanderszumanski.pl

Posted in Uncategorized | Leave a comment

Szokujący film z getta warszawskiego! Żydowscy policjanci brutalnie prowadzą swoich na śmierć.

 

Szokujący film z getta warszawskiego! Żydowscy policjanci brutalnie prowadzą swoich na śmierć.

Policja żydowska z getta warszawskiego to obok zezwierzęconych nazistów, jeden z najbrutalniejszych antysemickich organów jaki kiedykolwiek pojawił się na świecie. Zaświadczają o tym zwłaszcza żydowscy historycy, czego zdają się nie dostrzegać media głównego nurtu.

Żydowska policja działała bez skrupułów, na co z obrzydzeniem patrzyli nawet niemieccy żołnierze. Końcem 1940 roku nadkomisarzem Żydowskiej Służby Porządkowej getta warszawskiego był Józef Andrzej Szeryński (wcześniej Szenkman lub Szeinkman). Należy go uważać za uosobienie skrajnego antysemityzmu, dlatego otrzymał przydomek Self-hating Jew (ang. „nienawidzącego siebie Żyda”).

W ciągu zaledwie trzech lat, żydowscy funkcjonariusze, ponad 300 tysięcy żydów zagnali na Umschlagplatz, skąd ci zostali przetransportowani do obozów zagłady, a ostatecznie na śmierć.

Policja żydowska była wyjątkowo okrutna w czasie łapanek. Kobiety po ziemi ciągnięto za włosy, a dzieci i starców kopano po całym ciele. Samuel Rothenberg wspomina nawet, że młodzi Żydzi prowadzili na śmierć własne matki. Zaświadczył o tym poeta Mark Edelmann: Nikt jeszcze nigdy tak nieustępliwie nie wypuszcza z rąk złapanego, jak jeden Żyd drugiego Żyda.

Ponadto, żydowscy funkcjonariusze próbowali się dorobić na niedoli innych. Wykorzystywali wszelkie możliwe okazje, by mieszkańców getta okradać z pieniędzy, kosztowności, a nawet jedzenia. Nie ma wątpliwości, że w przeciwieństwie do policji polskiej, która nie brała udziału w łapankach do obozu pracy, policja żydowska parała się tą brudną robotą (Emmanuel Ringelblum) i dała wyraz skrajnego antysemityzmu wykonując haniebną robotę Niemców (Icchak Cukierman).

[Ch… z tym „antysemityzmem”. Czy to słowo ma nami wstrząsnąć? Byśmy do antysemitów nabrali jeszcze większej odrazy, niż teraz? – admin]

Obok relacji świadków i publikacji historyków zachował się również materiał wideo, który przedstawia jak policja żydowska prowadziła swoich do wagonów zmierzających do niemieckich obozów śmierci.

W opublikowanym filmie wyraźnie widać, że katami byli przedstawiciele żydowskiej policji. Świadczą o tym charakterystyczne opaski, które funkcjonariusze policji z getta zakładali na prawe ramię.

Opaski policji żydowskiej z getta warszawskiego

Czy kiedykolwiek powiedzą o tym przedstawiciele środowisk żydowskich?

A może nadal będą bełkotać jak rabin Szalom Ben Stambler w rozmowie z Adrianem Klarenbachem, dziennikarzem TVP Info? Przypomnę, Żyd zapytany przez redaktora o to, czy podczas wojny byli Żydzi sprzedający Żydów rabin Stambler odpowiedział tak: „Nie wiem, to w ogóle nie przechodzi do żadna rubryka”.

Dziennikarz powiedział, że przecież byli, na co rabin odparł: „Mądrzejsze jest nie wspomnieć o tym, bo to wcale nie jest podobne”.

Posted in Uncategorized | Leave a comment

Obrządek słowiański Cyryla i Metodeg

Obrządek słowiański Cyryla i Metodeg

WSTĘP
Kiedy po drugiej wojnie światowej zbliżały się obchody „Tysiąclecia Chrześcijaństwa w Polsce”, w prasie ukazały się liczne artykuły omawiające początki nowej wiary nad Wisłą. Między innymi znaleźli się autorzy, którzy sugerowali obrządek słowiański Cyryla i Metodego.
Wtedy poderwał się historyk, cieszący się sławą wybitnego uczonego:
Co? Cyrylo-metodianizm w Polsce?
Przecież o nim nie ma żadnych wzmianek historycznych? Nie! Nigdy nie był! Może tu i tam nad granicą polsko-czeską powstała jakaś drobna misja, która absolutnie nie odegrała żadnej roli w dziejach narodu polskiego! Zastanawianie się nad obrządkiem Cyryla i Metodego w Polsce, to czysta strata czasu i energii!
Właśnie w tej chwili, kiedy historyk gromił ludzi za próbę dyskusji, archeologowie w podziemiach katedry w Poznaniu znaleźli szczątki pokaźnych rozmiarów świątyni wschodniego obrządku. Przypuszczalnie była to cerkiew katedralna Mieszka I.
Brak źródeł pisanych nie upoważnia nikogo do twierdzenia, że jakieś wydarzenie nie miało miejsca. Około 60 milionów lat temu żyły potężne gady – dinozaury, brontozaury, tyranozaury itp. One pisać nie umiały, a o ludziach w owych czasach jeszcze nikomu się nie śniło. Kto miał o nich coś napisać?
Tymczasem opierając się na pracy archeologów i uczonych pokrewnych nauk, zostały zrekonstruowane nie tylko „postacie” tych gadów, ale nawet „zwyczaje i obyczaje”, choroby itp. Pewną rolę w lekceważeniu obrządku słowiańskiego odegrało zupełnie błędne identyfikowanie go z rosyjskim prawosławiem. Co prawda, cyrylo-metodianizm uległ w niektórych krajach latynizacji, w innych bizantynizacji, niemniej jednak w Chorwacji pozostał wierny Stolicy Apostolskiej od chwili, kiedy papież zamianował Metodego arcybiskupem, aż do naszych czasów. Nie zdołały złamać go represje biskupów niemieckich, którzy po opanowaniu Watykanu zapowiedzieli zagładę obrządku słowiańskiego. Przeszedł on zwycięsko poważne prześladowania.
„Murowaną” opinię historyków, jako by w Polsce nie istniał cyrylo-metodianizm, podkopały odkrycia archeologiczne po drugiej wojnie światowej.
W Wiślicy znaleziono chrzcielnicę z IX wieku, zainstalowaną tam na prawie 100 lat przed 966 rokiem. Z tego samego okresu pochodzą fundamenty pod katedrami w Gnieźnie i Poznaniu, i co ciekawe, swoim układem wskazują na bizantyjskie pochodzenie. Widać, Że były to cerkwie cyrylo-metodiańskie.
Można więc przypuszczać, że Mieszko I w 966 roku wcale nie został „ochrzczony”, tylko z obrządku słowiańskiego przeszedł na obrządek rzymski. Cerkwie poburzył, a na ich miejsce zbudował katedry łacińskie.
Szczątki katedr cyrylo-metodiańskich odkryte zostały również w Krakowie, Wrocławiu i w Przemyślu. Im więcej uczeni grzebią w ziemi, tym więcej wydostają z niej poświadczeń, nie tylko o istnieniu obrządku słowiańskiego na ziemiach polskich, ale i niezwykłej roli, jaką on odegrał w zaraniu dziejów narodu.
Odkrycia archeologiczne skłoniły niektórych historyków do rewizji poglądów na najstarsze dzieje Polski. Start dał ks. Józef Umiński, profesor Katolickiego Uniwersytetu w Lublinie, którego książka „Obrządek słowiański w Polsce IX-X wieku i zagadnienie drugiej metropolii w czasach Bolesława Chrobrego”, ukazała się w 1957 roku.
W ramach Tysiąclecia Chrześcijaństwa w Polsce prof. Karolina Lanckorońska otrzymała
stypendium watykańskie na studia z zakresu cyrylo-metodianizmu w Polsce. Wynikiem ich była praca w języku angielskim, „Studies on the Roman-Slavonic Rite in Poland”, wydana przez papieski Instytut Studiów Wschodnich w Rzymie, w 1961 roku.
O istnieniu i poważnej roli obrządku słowiańskiego w Polsce i sąsiedniej Rusi informuje
ceniony w świecie Henryk Paszkiewicz, profesor slawistyki w Anglii, w ksiąŻce „The Making of The Russian Nation”, wydanej w Londynie, w 1963 roku.
Warto nadmienić, że F.Dvornik, wybitny slawista czeskiego pochodzenia i zarazem ksiądz katolicki, w książce „Byzantine Missions Among the Slavs”, wydanej w New Jersey w 1970 r. wprost pisze, Że nie ulega wątpliwości, iż podczas najazdu Madziarów na Wielkie Morawy w 907 r. arcybiskup cyrylo-metodiański schronił się w Małopolsce i z niej kierował rozległa metropolią, która obejmowała prawie wszystkie ziemie słowiańskie.
Jak to się mogło stać, że o tym nie wie ani Gall, ani Kadłubek, ani Długosz?
Już ks. Umiński po dokładnym przebadaniu kronik doszedł do wniosku, że zarówno Gall, jak i Kadłubek, oraz Długosz, świetnie znali dzieje cyrylo-metodianizmu w Polsce, lecz nie tylko nie wymieniają go, ale skrzętnie zacierają za nim ślady. „Preparowanie” historii polegające na wyolbrzymianiu drobnych wydarzeń, to znów bagatelizowaniu poważnych wypadków, przemilczaniu ich, oraz „wycieraniu” ich z pamięci, jest w naszych, tak bardzo „logicznych” czasach zjawiskiem powszednim, a cóż się dziwić średniowieczu?
Drugą sprawą jest termin „Trzeci Rzym”. Co on ma znaczyć?
Nie czując się pewnie w Rzymie cesarz Konstantyn Wielki zbudował nad Bosforem miasto, które od jego imienia zostało nazwane Konstantynopolem. Miała to być druga stolica cesarstwa. Konstantyn powołał w nim senat, przeniósł tu swoją siedzibę. Na monetach bitych w nowym mieście kazał umieścić rzymską wilczycę. Słowem, był to dla niego „drugi Rzym”.
Konstantynopol utrzymał swa wysoką pozycję w czasach, kiedy rozwinęło się chrześcijaństwo. Drugi sobór, który odbył się w tym mieście, w 381 roku, postanowił, Że biskup Konstantynopola jest pod względem znaczenia drugim po biskupie Rzymu, ponieważ, jak głosił dokument, „Konstantynopol jest drugim Rzymem”. Sprawę tą potwierdził czwarty sobór, w 451 roku, przekazując jurysdykcją kościelną biskupowi tego miasta, przeciw czemu zaprotestował papież Leon I.
Upadek cesarstwa zachodnio-rzymskiego spowodował wzmocnienie pozycji Konstantynopola. Stał on się stolicą potężnego cesarstwa, które uważało się za centrum ówczesnego świata.
Podział Kościoła na „wschodni” i „zachodni” w 1054 roku wzmocnił pozycję patriarchy Konstantynopola. Został on bowiem „papieżem” wschodniego Kościoła.
Lecz dla „drugiego Rzymu” nastały ciężkie czasy. W roku 1457 Turcy zdobyli Konstantynopol. Cesarz ratował się ucieczką, natomiast patriarcha pozostał na miejscu. Wprawdzie tureccy zdobywcy zagwarantowali patriarsze wolność w sprawowaniu urzędu, niemniej jednak musiał się on dostosować do zmienionych warunków Życia. Skończyła się era „drugiego Rzymu”.
Rodzina cesarza wschodnio-rzymskiego znalazła się w Rzymie. Przybył tu też Iwan III, księże moskiewski i w 1472 roku ożenił się z Zofią Paleolog, kuzynką ostatniego cesarza bizantyjskiego. Moskwa w tych czasach wysunęła się na czoło miast rosyjskich. W roku 1326 metropolita kijowski przeniósł tu swoją siedzibę.
Iwan III ogłosił się spadkobiercą cesarstwa wschodnio-rzymskiego. Kazał nad swoim tronem przybić dwugłowego orła, który stanowił herb cesarstwa bizantyjskiego i zlecił swemu metropolicie, by go koronował na cesarza według wschodnio-rzymskiego obrządku.
Tak powstała idea „trzeciego Rzymu”!
Czy Kraków może pretendować do tytułu „Trzeciego Rzymu”?
Odpowiedź na to pytanie jest w następnych rozdziałach tej książki.

CZĘŚĆ I

OBRZĄDEK SŁOWIAŃSKI

Rozdział I
ROZWÓJ CYRYLO-METODIANIZMU

„Wydarzyło się w owych dniach, że Rościsław, księże słowiański z Świętopełkiem posłali z Moraw do cesarza Michała, poselstwo, mówiąc następująco: Dzięki łasce Boga jesteśmy zdrowi. I wielu chrześcijańskich nauczycieli przyszło do nas z Włoch i Grecji i z Niemiec, by nas uczyć w różny sposób. My, Słowianie, jesteśmy prostym ludem i nie mamy nikogo, kto by nas poprowadził do prawdy i wyjaśnił jej znaczenie. Tak więc, Mistrzu, poślij nam takiego człowieka, który by nas uczył wszystkich praw”.
Taki powód powstania obrządku słowiańskiego podaje „żywot św. Metodego”.
Cesarz bizantyjski Michał III odniósł się przychylnie do prośby Rościsława I i wysłał na Morawy w roku 863 misję, na czele której stanęli Cyryl i Metody, dwaj bracia z Salonik, miasta greckiego zwanego Sołuniem w języku bułgarskim. Stąd często określa się ich jako „braci sołuńskich”.
Wiadomo, że obrządek słowiański obok łacińskiego i bizantyjskiego, był jednym z wielu
obrządków jakie chrześcijaństwo wytworzyło w okresie swego istnienia.
Jaki to obrządek?
Lanckorońska podaje za Smrzikiem, że jest to obrządek rzymsko-słowianski, z rzymską liturgią w ceremoniach, a słowiańską w języku1. Stąd należy do zachodniej, rzymskiej liturgii, wyróżniając się tylko językiem. Natomiast w ceremoniach różni się od bizantyńsko-słowiańskiej liturgii.
Na dowód tego Lanckorońska przytacza tzw. „Mszał Kijowski”, najstarszy dokument obrządku rzymsko-słowiańskiego z X wieku, przechowany w odpisie w Kijowie2. Jest to mszał rzymski, tłumaczony pośrednio lub też bezpośrednio z łaciny na język staro-cerkiewny. Podobne stanowisko zajmuje T. Lehr-Spławiński, który bezwzględnie obstaje przy tym, że Cyryl i Metody przetłumaczyli tylko liturgię zachodnią3. Pomaga mu w tym fakt, że nie wiadomo, jakie księgi przetłumaczyli Apostołowie Słowian – greckie czy łacińskie. Odwrotnie twierdzili tradycyjni historycy rosyjscy, według których cyrylo-metodianizm był niczym innym, jak tylko obrządkiem bizantyńskim z liturgią przetłumaczoną na język słowiański.
Między tymi biegunami uplasowali się rzeczoznawcy, którzy zajmują stanowisko pośrednie. Dvornik przypuszcza, że bracia sołuńscy robiąc tłumaczenie z języka greckiego na słowiański, wprowadzili na Morawach mszę św. Jana Chryzostoma, która wówczas była popularna w Konstantynopolu4.
Z drugiej strony mogli się oni zorientować, że Morawianie są przyzwyczajeni do obrządku łacińskiego wprowadzonego tam przez misjonarzy niemieckich i włoskich. Stąd przypuszczalnie doszli do przekonania, że msza bizantyńska mogła być mało zrozumiała dla księży morawskich, którzy do niej nie byli przyzwyczajeni. Bracia sołuńscy mogli też pod naciskiem misjonarzy niemieckich odstąpić od niej.
Cyryl zarzucił liturgię św. Jana Chryzostoma i przetłumaczył mszę łacińską, znaną Grekom jako „liturgia św. Piotra”. Została ona przełożona z łaciny na grekę przez św. Hilariona, kiedy on przebywał w Rzymie.
Przetłumaczona na język słowiański msza obrządku rzymskiego przypadła więcej do gustu Morawianom, niż ta sama msza w języku łacińskim. Z tego okresu pochodzi „Mszał Kijowski”, najstarszy dokument języka starocerkiewnego. Zawiera on 35 modlitw podczas mszy bez kanonu. Liturgia św. Piotra zachowała się w całości jedynie w Chorwacji według oryginału z XIV wieku i dziś jest jeszcze tam w użyciu.
Mimo wprowadzenia mszału łacińskiego wiele modlitw i ceremonii greckich pozostało.
Okazuje się, że Cyryl przetłumaczył również modlitwy z języka niemieckiego na słowiański, które niewątpliwie odmawiali misjonarze bawarscy na Morawach.
Natomiast historyk czeski J. Yasica wziął pod uwagę wzmiankę w „Żywocie św. Metodego”, która podaje, że Apostoł Słowian odprawiał „mszę św. Piotra”. Idzie tu więc o specyficzny rodzaj nabożeństwa5. Msza św. Piotra stanowi kompilację elementów nie tylko bizantyńsko-rzymskich, lecz również syryjsko-afrykańskich.
Ma ona zasadniczo strukturę bizantyńską (na początku krótka proskomidia, małe i wielkie wejście), ale dalej cały kanon jest wzięty z liturgii łacińskiej aż do „Ojcze nasz”, a potem znów koniec bizantyński.
Msza św. Piotra była dobrze znana w Konstantynopolu. Według Yasicy bracia sołuńscy przenieśli ją na Morawy i przetłumaczyli na język słowiański. Stamtąd przeszła do Czech, Macedonii i Bułgarii, a także do Chorwacji, gdzie jednak była wypierana przez rzymską mszę w języku słowiańskim, ale i tam wraca kanon św. Piotra w XII wieku. Umiński uważa, że ta sama liturgia była w Polsce i na Rusi, zanim została wyparta przez obrządek łaciński i bizantyński.
Umiński tak definiuje obrządek słowiański: „Obrzędowość (Cyryla i Metodego) nie była ani bizantyńska ani rzymska, ale odrębna. Bracia sołuńscy przyszli na Morawy z obrządkiem bizantyńskim, czyli tym, z którym się zżyli. Atoli chrześcijaństwo w owej chwili już było niezupełną nowością na Morawach. Od pewnego bowiem czasu działali tam misjonarze łacińscy, jedni obcego, niemieckiego pochodzenia, inni już może nawet Słowianie. Na tym tle jest jasne, że chrześcijaństwo metodiańskie przerobiło się bardzo szybko w pewnego rodzaju stop bizantyńsko-łaciński6. Przypominając dalej podróż Cyryla i Metodego do Rzymu Umiński zamyka swój wywód taką konkluzją, że „chcąc scharakteryzować obrządek metodiański trzeba by rzec, iż był on jurysdykcyjnie rzymskim, językowo słowiańskim, a liturgicznie stanowił zlep bizantyńsko-rzymsko-słowiański”.
Do podobnej konkluzji dochodzi H. Paszkiewicz7. Uważa on, że obrządek słowiański jest pośrednią formą wypracowaną poza Rzymem i Konstantynopolem. Jego rytuał nie był ani łaciński, ani grecki, gdyż różnił się od obydwu. Była to mieszanka bizantyńsko-rzymska z dodatkiem elementów słowiańskich.
Żyjąc na Wschodzie Cyryl i Metody byli obznajomieni z różnymi liturgiami i językami. Z tego powodu nie wydała się im dziwna sugestia Rościsława, aby nauczali Morawian i przetłumaczyli Pismo św. na język słowiański. Może to miał on na myśli, ale bracia sołuńscy poszli dalej, wprowadzili liturgię w języku zrozumiałym dla tubylców.
Było to zaskoczenie dla misjonarzy bawarskich, ponieważ na Zachodzie odprawiano msze tylko po łacinie oraz gdzieniegdzie w języku greckim. Zaatakowali więc Cyryla i Metodego twierdząc, że liturgia chrześcijańska może być tylko w języku hebrajskim, łacińskim i greckim. Na to dowiedzieli się, że głoszą herezję Piłata, gdyż namiestnik cesarza rzymskiego kazał przybić Chrystusowi tablicę do krzyża, na której był napis w trzech językach: hebrajskim, łacińskim i greckim.
Na synodzie biskupów i księży niemieckich w 867 roku Cyryl przytoczył czternaście wyjątków z Pisma św., które wskazywały, że Boga można chwalić w każdym języku.
Jest przypuszczenie, Że Cyryl jeszcze na Morawach napisał obronę języka słowiańskiego w liturgii, a następnie wygłosił ją w Wenecji i przekazał w języku greckim bibliotece w Watykanie, gdyż zarówno papież Adrian II, jak i papież Jan VIII, wydając zezwolenie na używanie języka słowiańskiego w liturgii, przytaczają te same argumenty, co autor „Żywota św. Metodego”.
Intryguje pytanie, co bracia sołuńscy mogli przejąć ze słowiańskości? Może daleko więcej, niż się wydaje!
W obrządku cyrylo-metodiańskim wybija się kult Bogarodzicy.
W owych czasach stosunki matriarchalne, jak można się zorientować z wierzeń słowiańskich, były głęboko zakorzenione. Wszystko sprowadzało się do kobiety, która była rodzicielka, matką karmiącą, żywicielką. Cyryl i Metody zauważyli, że kult ten nie da się zepchnąć, bo system patriarchalny jeszcze się należycie nie rozwinął, więc go przyjęli i nadali mu charakter sakralny. Rezultat był nadzwyczajny. Umysły słowiańskie już tak dalece wykształciły się, że wierzenia pogańskie straciły grunt pod nogami. Nic więc dziwnego, że kult Bogarodzicy tak się szybko przyjął.
Nie słyszy się, aby misjonarze cyrylo-metodiańscy z wielką gorliwością zabrali się do palenia świętych gajów i niszczenia posągów bogów słowiańskich, jak to robili misjonarze niemieccy.
Jak się okazuje, wśród Słowian bałkańskich nabożeństwa długo odbywały się w gajach po przyjęciu chrześcijaństwa. Może w nich bogów słowiańskich w ogóle nie było, może gdzieś jakaś prymitywna figura się znalazła, ale Cyryl i Metody nie usiłowali ją spalić, wrzucić do rzeki czy jeziora, lecz nadali jej charakter chrześcijański. Stąd Perun otrzymał nowe imię -zwał się św. Eliaszem Gromownikiem. Inne bóstwa słowiańskie przemieniły się w św. Andrzeja, św. Mikołaja, św. Wita itp.
Bardzo rozsądne podejście spowodowało, że w ciągu niecałego wieku cyrylo-metodianizm objął prawie całą Słowiańszczyznę zachodnią bez Pomorza i Połabia, znaczną część Słowiańszczyzny wschodniej i całą Słowiańszczyznę bałkańską po Grecję.
Łacińska nazwa obrządku Cyryla i Metodego to „ritus Sclavorum” lub „ritus Sclavonicae linguae”. Po polsku zwie się „obrządkiem słowiańskim”, „cyrylo-metodianizmem”, czy „metodianizmem”.
W kronikach średniowiecznych obrządek ten otrzymał wiele ujemnych nazw. Była to „cum paganismo polluta religio” – religia skażona bałwochwalstwem”; „falsi christiani” – fałszywi chrześcijanie; „a fide catholica deviantes” – odchyleni od wiary katolickiej; „prophanatio fidei christianae” -profanacja wiary chrześcijańskiej; „intolerabilia simul barbaros sclavorum pertaesa ritus” – nie do tolerowania i prawie barbarzyński obrządek słowiański itp.
Ze szczególną nienawiścią do cyrylo-metodianizmu odnosił się kler niemiecki. Złożyło się na to kilka powodów:
1. Walka z konkurencja.- Hierarchia niemiecka twierdziła, że Karol Wielki zostawił jej cały wschód, w którym miała ustanowić swoje władztwo. Tymczasem bracia sołuńscy wydarli im obszary na Morawach.
Charakterystyczne, że okładając batem Metodego na synodzie biskupów w 870 roku, Hermanrich, biskup Passau, nie oskarżał go za wprowadzenie języka słowiańskiego do liturgii, ale pozbawienie hierarchii niemieckiej dochodów, jakie dawały obszary słowiańskie.

2. Unifikacja Kościoła.- W czasach Cyryla i Metodego przybierał na sile prąd zjednoczenia wierzeń i liturgii w Kościele rzymskim. Patronowała mu hierarchia niemiecka. Zdaniem jej powinien być jeden papież, jeden język liturgiczny i jednakowe nabożeństwo. Używanie języka słowiańskiego, który według biskupów niemieckich był na wskroś barbarzyński, uchodziło za bluźnierstwo. Proces unifikacji Kościoła rzymskiego doprowadził do końca papież Grzegorz VII.
3. Pierwiastki słowiańskie.- Cyryl i Metody wprowadzili do swego obrządku pierwiastki słowiańskie, które mogły wywołać zastrzeżenia u łacinników. Bogiem u Słowian był zarówno Chrystus, Swarożyc, Perun, czy Świętowit. Mogła dla Niemca powstać kwestia, do jakiego Boga modlą się świeżo ochrzczeni Słowianie? Na pewno kapłan ma na myśli Chrystusa, ale czy wierni postępują jego śladami? Może w dalszym ciągu modlą się do Swarożyca, co mogło się tu i tam zdarzyć.
4. Klin.- Obrządek słowiański był klinem wbitym między obrządkiem bizantyńskim i rzymskim. Stąd był zwalczany zarówno przez Wschód jak i Zachód.
Najlepiej o tym świadczą kroniki. Gall z Węgier przez Małopolskę przybył do Płocka, a więc dobrze znał Kraków. Niemniej jednak w swej kronice tylko raz wymienia to miasto i to w drobnym epizodzie z Życia Bolesława Śmiałego. Jego niechęć jest zrozumiała, jeżeli weźmie się pod uwagę, że w Krakowie była metropolia słowiańska. Gall całkiem dobrze orientował się w stosunkach religijnych w Polsce, czego dowodem jest jego wzmianka, że zgon Bolesława Chrobrego opłakiwali zarówno „łacinnicy” jak i „słowianicy”, niemniej jednak wzbrania się od podania jakiego obrzędu była druga metropolia w Polsce. Co nie szło po myśli „łacinników”, nie było godne do zanotowania.
Podobnie postępuje Nestor. Kronikarz kijowski kontroluje siebie na każdym kroku, by nie wymieniać obrządku słowiańskiego, gdyż on był konkurentem ruskiego prawosławia. Nestor stosunkowo dość dużo wie o wydarzeniach w Polsce zachodniej, czyli wśród „Lachów” łacińskich, a uparcie milczy, jeżeli idzie o „Lachów” cyrylo-metodiańskich.
Nie inaczej do obrządku słowiańskiego ustosunkował się czeski kronikarz Kosmas.
Jak dalece kronikarze byli niechętnie nastawieni do cyrylo-metodianizmu świadczy to, że poza Gallem, który podaje o straceniu św. Stanisława, lecz nie wymienia jego imienia, ani Nestor, ani też Kosmas, czy inni kronikarze, nic nie wiedzą o tragicznym wydarzeniu w Krakowie, chociaż zabójstwo biskupa uchodziło wówczas za straszne przestępstwo. Jeżeli z polecenie króla zginął nie łaciński dostojnik, to według skrybów, nie warto było o tym pisać.
5.Bogomilizm.- Wdarcie się herezji bogomilstwa do obrządku słowiańskiego skręciło kręgosłup cyrylo-metodianizmu.

Rozdział II

GŁAGOLICA I CYRYLICA

Obrządek słowiański miał do swej dyspozycji dwa alfabety: głagolicę i cyrylicą. Pierwszy, to oryginalny alfabet ze znakami wzorowanymi na literach języków wschodnich. Nazwano go „głagolica” od słowiańskiego wyrażenia „głagoł” – słowo; drugi oparty jest na wielkich literach uncjaty greckiej.
Historyków zastanawiał fakt, dlaczego Apostołowie Słowian wprowadzili aż dwa alfabety do języka słowiańskiego? Czyżby im jeden nie wystarczył?
Zagadkę próbował wyjaśnić znakomity polski slawista Aleksander Bruckner, a to w ten sposób: Cyryl uchodzi za twórcę obydwu alfabetów. Można przypuszczać, że jako uczony bizantyński przyjął wpierw alfabet grecki i dostosował go do dźwięków słowiańskich. To byłaby normalna rzecz. Oskarżony przez biskupów niemieckich o szerzenie wpływów Konstantynopola wśród Słowian, bo nawet w piśmie posługuje się alfabetem greckim, Cyryl, by wytrącić broń przeciwnikowi, zarzucił cyrylicę i ułożył głagolicę, pismo niepodobne do greckiego.
Natomiast wielu historyków stanowczo odrzuca możliwość, aby Cyryl wprowadził do języka słowiańskiego alfabet grecki zwany „cyrylicą”. Swoje twierdzenie opierają na tym, że na synodzie księży w Wenecji, w 867 roku, Cyryl wyjaśnił, że wiele ludów ma swe alfabety, jak Armeńczycy, Persowie, Goci, Arabowie, wobec tego Słowianie, jako wielki naród, również powinni mieć swój oryginalny alfabet. Byłoby poniżeniem dla nich, gdyby go nie mieli. Dlatego Cyryl ułożył alfabet zwany „głagolicą”.
Została ona ułożona przez Cyryla i Metodego przed wyprawą na Morawy. Przypuszczalnie grono księży pod kierownictwem Cyryla opracowało alfabet w Konstantynopolu. Cyryl przełożył „perikopes”, lekcje czytane w niedziele z języka greckiego na łaciński, zanim ruszył na Morawy. Głagolicą była w użyciu za czasów Metodego. Miała dwie formy: okrągłą i kanciastą. Pierwsza po śmierci Metodego została przeniesiona do Bułgarii, druga natomiast, kanciasta, rozwinęła się w Dalmacji i Istrii. Stąd zwie się „chorwacką” i tam dotrwała do naszych czasów. Kiedy wygnani z Moraw uczniowie Metodego zaczęli krzewić obrządek słowiański w Bułgarii, głagolicą sprawiała dużą trudność, bo jej litery różniły się od znaków greckich. Stąd szkoła w Presławiu wpadła na pomysł, by do pisma wprowadzić grecką uncjałę z dodatkowymi znakami, które oddawały dźwięki słowiańskie, obce alfabetowi greckiemu. Tak powstała cyrylica. Przypadła ona do gustu carowi Symeonowi, który był wykształcony w Konstantynopolu, oraz innym Bułgarom, znającym grekę, gdyż łatwiej im było czytać pisma słowiańskie. Natomiast biskup Klemens, uczeń Metodego, sprzeciwił się temu i stanął po stronie głagolicy. To było powodem napisania przez niego „Obrony obrządku słowiańskiego”. Z kolei Symeon usankcjonował cyrylicę, w 893 roku. Jest przypuszczenie, że cyrylica została skonstruowana w Konstantynopolu, w szkole słowiańskiej, którą założył Metody i Focjusz, w 882 roku. Z niej wyszedł późniejszy biskup Konstanty, który ponoć studiował z Symeonem i on wprowadził” cyrylicą w Bułgarii, podczas gdy Klemens i Naum bronili głagolicy, której nauczyli się na Morawach.
Nazwa jednak „cyrylica” daje wiele do myślenia.
Czy przypadkiem Cyryl wpierw nie ułożył cyrylicą, by ją później zarzucić, bo ludy słowiańskie zasłużyły sobie na swój odrębny alfabet? Uczniowie Apostołów Słowian mogli o tym pamiętać, a kiedy znaleźli się w Bułgarii, powrócili do niego, bo więcej na tamtejszym terenie nadawał się niż głagolica. Na cześć twórcy nazwali go „cyrylicą”.
Język Cyryla i Metodego został nazwany językiem staro-cerkiewno-słowiańskim.

(…)

===
https://hevenrose.wordpress.com/2010/09/11/frank-kmietowicz-kiedy-krakow-byl-trzecim-rzymem-2/

Posted in Uncategorized | Leave a comment

Maciej Kazimierz Sarbiewski. Wołanie ołtarzy

 

Wołanie ołtarzy

„Ołtarze to najważniejsze pomniki poprzez tysiąclecia! Naród, który buduje ołtarze i wydaje kapłanów, jest wielkim narodem. A naród, który nie rozumie wołania ołtarzy, jest narodem biednym” – pisał ks. Robert Mäder w książce Serce naszej wiary. Rozważania o Mszy świętej.

Polacy mają to szczęście, że zawsze zaliczali się do narodów rozumiejących „wołanie ołtarzy”. Warto jednak pamiętać, że przez całe tysiąclecie wołanie to rozlegało się po łacinie…

2 kwietnia 1640 r. w warszawskim kościele pw. św. Jana Chrzciciela (późniejszej bazylice archikatedralnej) w trakcie wygłaszania kazania zmarł na udar pewien jezuita. Był nim 45-letni Maciej Kazimierz Sarbiewski, nadworny kaznodzieja króla Władysława IV Wazy, profesor teologii i retoryki w Akademii Wileńskiej oraz w jezuickim kolegium w Połocku. To postać niezwykła nie tylko dzięki swoim stanowiskom, lecz nade wszystko dzięki talentom. Ks. Sarbiewski był bowiem łacińskim poetą znanym w całej Europie. Okrzyknięty już przez współczesnych „chrześcijańskim Horacym”, uwieńczony został przez papieża Urbana VIII laurem kapitolińskim, co w ówczesnym świecie katolickim można uznać za odpowiednik literackiej Nagrody Nobla.

„Sarbiewski doprowadził mającą długą tradycję poezję łacińską w Polsce do perfekcji i aż do dziś żaden polski poeta nie zyskał takiej sławy za granicą, jak Sarbiewski za życia i w okresie paru dziesięcioleci bezpośrednio po śmierci” – stwierdzał Czesław Miłosz.

I trudno nie przyznać mu racji, bo rzeczywiście poezja łacińska miała w naszym kraju długą tradycję: począwszy od śpiewanej do dziś przy uroczystych okazjach XIII-wiecznej pieśni Gaude Mater Polonia Wincentego z Kielczy, poprzez renesansowe poezje Jana Dantyszka, Andrzeja Krzyckiego, Klemensa Janickiego czy samego Jana Kochanowskiego, aż po Adama Mickiewicza, który nie tylko tłumaczył rzymskich poetów, ale i sam pisał wiersze po łacinie.

Ale poezja to nie wszystko. W Encyklopedii staropolskiej Zygmunta Glogera hasło Łacina w Polsce zaczyna się znamiennym stwierdzeniem:

Do czasów Stanisława Poniatowskiego więcej u nas po łacinie pisano niż po polsku. Był to, podobnie jak gdzie indziej, naturalny wynik rzeczy. Starożytny język i literatura rzymska były dla ciemnoty średniowiecznej jedynym słońcem cywilizacji, przy którym kto się chciał ogrzać, musiał umieć mówić, pisać i uczyć się po łacinie. Wobec braku piśmiennictw narodowych, łacina spełniła niesłychanej doniosłości misję cywilizacyjną, wnosząc oświatę i naukę ówczesną do życia kilkunastu narodów w Europie.

Powtórzymy raz jeszcze tę kapitalną, ale jakże słabo uświadamianą prawdę: do czasów króla Stanisława Augusta – czyli do drugiej połowy XVIII wieku – więcej pisano u nas po łacinie niż po polsku! Oznacza to, iż w ciągu pierwszych 800 lat swego istnienia Polska była krajem cywilizacji łacińskiej nie tylko w moralnym znaczeniu, jakie nadał temu pojęciu Feliks Koneczny, ale również w sensie najzupełniej praktycznym: język starożytnych Rzymian i język Kościoła rzymskokatolickiego był pierwszym językiem naszych elit – duchowych, umysłowych i politycznych – a więc pierwszym językiem naszej kultury.

Nie znaczy to, że polszczyzna rodziła się i kształtowała w konflikcie z łaciną. Oczywiście język, którym dziś mówimy, należy do języków słowiańskich, dzięki czemu łatwiej rozumiemy Rosjan, Czechów czy Serbów niż innych mieszkańców Europy. Nasze przywiązanie do Rzymu sprawiło jednak, że polszczyzna przynajmniej tyle samo zawdzięcza łacinie, co swoim słowiańskim korzeniom: począwszy od alfabetu, a skończywszy na ogromnej części słownictwa.

Nie mogło być zresztą inaczej, skoro cała tożsamość narodowa Polaków została ukształtowana właśnie w języku łacińskim. Każde dziecko uczy się w szkole o „trzech pierwszych polskich historykach”: Gallu Anonimie, Wincentym Kadłubku i Janie Długoszu. To oni zostawili nam w spadku legendy o powstaniu Polski, opowieści o piastowskich władcach, barwne opisy bitwy pod Grunwaldem, z których później korzystał Sienkiewicz. Czy uświadamiany sobie jednak, że wszystko to zostało napisane po łacinie? Owi „pierwsi polscy historycy” nigdy bowiem nie pisali po polsku – byłoby zresztą niemożliwe, aby w kształtującym się dopiero języku wyrażać tak wzniosłe treści.

Polski język i kultura nie walczyły więc z łaciną, lecz czerpały z niej to co najlepsze, grzejąc się w tym „słońcu cywilizacji”, jakim był odwieczny Rzym. Prawdziwa walka toczyła się zupełnie gdzie indziej: w wieku XVIII nowym „słońcem cywilizacji”, nowym Rzymem światowej kultury, zapragnął być Paryż. A nową łaciną miał być język francuski – mowa „oświeconych”.

Tę walkę język Rzymu niestety przegrał, a stało się tak przede wszystkim za sprawą likwidacji zakonu jezuitów (tego samego, do którego należał ks. Sarbiewski, ale też ks. Jakub Wujek, autor najlepszego przekładu łacińskiej Biblii na język polski!). Jezuici prowadzili bowiem w całej katolickiej Europie setki kolegiów, czyli szkół średnich, do których uczęszczały kolejne pokolenia młodzieży szlacheckiej. Podstawą nauczania w tych kolegiach była oczywiście łacina, stąd przeciętny szlachcic polski, francuski, włoski czy hiszpański był zasadniczo dwujęzyczny, nawet jeśli w języku Rzymian nie miał nic ciekawego do powiedzenia.

Kasata zakonu jezuitów w 1773 r. (co prawda decyzją papieża, lecz pod wpływem masońskich rządów w zachodniej Europie) spowodowała upadek szkolnictwa jezuickiego i przejęcie kolegiów pod zarząd państwowy, czyli pod władzę „oświeconych”. W Polsce taką rolę odegrała Komisja Edukacji Narodowej, uważana do dziś za prekursorkę nowoczesnego szkolnictwa w naszym kraju. Wraz z tą zmianą łacina została odstawiona do lamusa, a jej miejsce zajął francuski.

Ale zmienił się nie tylko język, lecz i treści narzucane uczniom: miejsce św. Tomasza z Akwinu i św. Augustyna zajęli Wolter i Rousseau.

Od czasów króla Stanisława Augusta – czyli mniej więcej od 250 lat – łacina nie jest już fundamentem polskiej kultury. Dla wykształconych Polaków żyjących w epokach „oświecenia”, romantyzmu, pozytywizmu i dwóch wojen światowych owym fundamentem stał się język francuski, a wszelkie mody – dobre czy złe – przychodziły z Paryża. Niestety, znacznie częściej złe, gdyż francuska kultura ostatnich stuleci dość skutecznie odcięła się od katolickich korzeni tego kraju. Paryż stał się stolicą wszelkiego rodzaju rewolucji – politycznych, religijnych, kulturowych – a Warszawa dorobiła się mało chlubnego miana „Paryża wschodu”.

Postacią dobitnie symbolizującą to duchowe uzależnienie Polaków od „francuszczyzny” był Tadeusz Boy-Żeleński, niewątpliwie wybitny tłumacz literatury, genialnie władający oboma językami, a równocześnie zajadły wróg Kościoła i katolickiej moralności.

Ta zdumiewająca kariera języka francuskiego (bardzo trudnego przecież, nie tylko w porównaniu z łaciną) miała jednak swój kres. Demoliberalny porządek, jaki wyłonił się z gruzów II wojny światowej, a umocnił się po upadku sowieckiego komunizmu, przyniósł światu kolejną „nową łacinę” – język angielski.

Dziś już nie możemy mieć wątpliwości, że żaden inny język za naszego życia nie zastąpi mowy nowojorczyków i londyńczyków w roli „języka światowego”. Oficjalnym językiem Unii Europejskiej – paradoksalnie także po wyjściu Wielkiej Brytanii! – pozostanie angielski, bo na hegemonię francuskiego czy niemieckiego nikt nie ma ochoty, a powrót do łaciny nie wchodzi w grę. Choć przecież to łacina powinna być językiem w naturalny sposób łączącym Europejczyków.

Niestety, nasz stary kontynent (stary, ale głupi – chciałoby się powiedzieć…) coraz silniej wyrzeka się swojej rzymskiej tożsamości. Tym bardziej, że nie ma komu o tej tożsamości przypominać, skoro sam Kościół rzymskokatolicki w zastraszającym tempie zmienia się w „ekumeniczno-katolicki”.

Kamieniem milowym tej wewnątrzkościelnej rewolucji były posoborowe zmiany w liturgii, łącznie z odrzuceniem łaciny i odprawianiem Mszy św. w językach narodowych. Wbrew oczekiwaniom naiwnych zwolenników zmian, nie przyciągnęło to do kościołów nowych wiernych, ani też nie zwiększyło ich pobożności – z perspektywy półwiecza trzeba stwierdzić, że stało się odwrotnie. Można się tylko zastanawiać, dlaczego w niektórych krajach kryzys religijności nastąpił bardzo szybko, a w innych – wolniej…

Do tych ostatnich na szczęście należy Polska. To jednak nie znaczy, że „wołanie ołtarzy”, o którym pisał ks. Mäder, pozostaje nad Wisłą niezmienne. Nie było u nas krwawej reformacji, jak w Anglii, ani krwawej rewolucji, jak we Francji, ale czy mimo to nadal jesteśmy ostoją cywilizacji łacińskiej?

Myśmy też mieli swoją reformację, której przywódcy w połowie XVI wieku próbowali oderwać polski Kościół od Rzymu i ustanowić polski językiem liturgicznym. Wtedy nie zgodził się na to król Zygmunt August, lecz po 400 latach odwieczna łacińska liturgia i tak została odrzucona, w dodatku na skutek decyzji Rzymu!

W ten oto zupełnie bezkrwawy sposób Polakom amputowano ich prawdziwą tożsamość, wyrzucając „na śmietnik historii” tysiąc lat duchowych dziejów naszego kraju.

Paweł Siergiejczyk
http://www.piusx.org.pl

Posted in Uncategorized | Leave a comment

Upadek Berii i NKWD

 

Upadek Berii i NKWD

W historii świata niewiele jest takich przykładów jak ten. Jeden człowiek w ścisłej konspiracji z kilkoma wyższymi oficerami, zniszczył bandę morderców i kryminalistów, ukrywających się za parawanem tajnej radzieckiej policji NKWD, organizacji zbrojnej, terrorystycznej, liczącej wówczas około miliona członków.

Zwycięski pochód Nowego Porządku Wieków został zahamowany na kikadziesiąt lat. Bez zdobycia Rosji, swiatowi bandyci zachodniej cywilizacji, swoich celów nie osiągną nigdy! WSZYSCY wrogowie Żydów znaleźli się w potrzasku. Nie było żadnej zorganizowanej siły na świecie, która mogłaby się im przeciwstawić i być dla nich niebezpieczna. Zjednoczone syjonistyczne siły USA i Związku Radzieckiego stanowiły pełna gwarancję bezpieczeństwa Żydów przed wszystkimi potencjalnymi wrogami.

Nasycenie do granic możliwości tzw. „sekcyjnymi” (funkcjonariusze organów Berii) Sił zbrojnych Związku Radzieckiego zabezpieczyło przed wykorzystaniem wojska w celu ewentualnego przygotowania przeciw Żydom spisku. Niebezpieczne dla nich elementy zastały zniszczone po zlikwidowaniu Generalissimusa. Horyzont był całkowicie czysty i bezchmurny. Pozostało tylko rozpoczęcie przebudowy świata według nowego Żydowskiego porządku i zbieranie plonów tego kolosalnego zwycięstwa dzisiaj i w przyszłości. . . Z pełnym prawem i bez żadnych obaw żydowscy władcy świata mogli w końcu krzyknąć „L ’AUENIR ESI NOUS!” /przyszłość należy da nas/. Należy sądzić, że powtarzali oni to nie raz w ciągu tych stu trzynastu dni …

To jednak co wydarzyło się później nie było już paradoksem, lecz czymś bardzo zbliżonym do cudu! Początek był bardzo prosty. Zbliżał się jak zwykle okres letnich manewrów i marszałek Żukow poprosił o zezwolenie na przerzucenie do Moskwy w ramach planu ćwiczeń dwóch dywizji pancernych, rozmieszczonych w rejonie Uralu. Zezwolenie takie otrzymał i wkrótce dwie dywizje przybyły pod stolicę (dywizja = od 5 do 15 tyś. żołnierzy).

Te dywizje pancerne, po ich przerzuceniu z Uralu rozmieszczone zostały wokół Moskwy i posłużyły jako wsparcie likwidacji przez Żukowa centrum Żydowskiej władzy w Związku Radzieckim tj. sztabu tajnej policji na Łubiance. Bez tej realnej siły żadne powstania przeciw hegemonii Żydów byłyby po prostu niemożliwe.

Ten, kto nie ma pojęcia jak duża siła była dotychczas skoncentrowana w rękach Berii, powinien przeczytać i pomyśleć o następujących zdaniach opublikowanych przez amerykańską prasę tuż po jego upadku, Otóż w numerze żydowskiego amerykańskiego dziennika „Newsweek” z 20 lipca 1953 r. napisano, że do momentu kieski Berii „jego państwo w państwie” NKWD, składało się z około miliona ludzi, z których połowa zorganizowana była jak prawdziwa armia posiadająca własna artylerię, czołgi i lotnictwo.

On właśnie był decydentem produkcji broni atomowej w Związku Radzieckim, o czym była już mowa. Beria – jak wiadomo – był jednym i pełnym dysponentem tej armii. Aresztować takiego człowieka, jak to się mówi „gołymi rękami” było po prostu niemożliwe.

Chociaż upłynęło już wiele dziesiątek lat od momentu klęski żydowskiej władzy w Związku Radzieckim a świat cięgle przeżywa wszystkie i to w ostrej formie, bezpośrednie następstwa tego celnego uderzenia, nikt dotąd jeszcze nie zna dokładnie wszystkich szczegółów moskiewskiego przewrotu.

Oczywiście, ktoś świadomie stara się w miarę możliwości zatuszować i usunąć z ludzkiej pamięci ten fakt! Ale dlaczego? Oto jest pytanie!

Najprawdopodobniej sprawa ta przedstawiała się następująco. Żadnego „wielkiego spisku” podobnego do spisku Tuchaczewskiego oczywiście nie było i być nie mogło. Dlaczego? Po prostu zastałby on natychmiast wykryty przez licznych agentów Berii i wszyscy jego uczestnicy zastaliby zlikwidowani.

Być może, że w plany Żukowa zostali wtajemniczeni niektórzy oficerowie dwóch dywizji pancernych, które on ściągnął z Uralu. Któryś z tych dowódców albo osobiście Żukow zastrzelił Berię w czasie posiedzenia na Kremlu, co nastąpiło między 16.00 a 16.30 po południu. Natychmiast po tym zabójstwie oficerowie Żukowa zajęli centralę telefoniczną Kremla i na jego rozkaz skierowali nieduży oddział czołgów i transporterów z wojskiem na Łubiankę.

Pojawienie się tej uzbrojonej siły było tak zaskakujące, że nikt z kierownictwa resortu Berii nie potrafił zorganizować oporu. To też cały sztab zastał opanowany błyskawicznie a w tej liczbie również prawa ręka Berii, sam Ignatowicz Izrajełowicz, który dopiero niedawno powrócił z obozu sybirskiego. W obozie tym przesiedział on wiele lat.

Jak wiadomo nikt z mieszkańców Moskwy w dniu tym nie słyszał strzelaniny na ulicach miasta, nie było także żadnych rozruchów, ba, nawet Opera „Dekabryści” nie została odwołana. Innymi słowy „Wielka Rosyjska Rewolucja” nie odbyła się na wzór „Wielkiej Proletariackiej Rewolucji Kulturalnej” Mao-Tse-Tunga, trwające latami z wielkim szumem, gwałtem i trzaskiem, lecz przekradła się do historii „jak złodziej nocy” i chociaż jej rezultaty znane były we wszystkich zakątkach świata, to jednak ogromna większość ludzi nie rozumie jej znaczenia i nawet nie chce uznawać za fakt dokonany?

Ponieważ władza Żydów w Związku Radzieckim nie miała głębokich korzeni i opierała się wyłącznie na terrorze tajnej policji, to zniszczenie jej ”Łubiańskiej Centrali” przez czołgi i żołnierzy Żukowa pociągnęło za sobą niezwłocznie i nieuchronnie całkowite rozbicie tego systemu władzy oraz stopniowe wypieranie Żydów z całego aparatu administracyjnego kraju.

Można z całą pewnością powiedzieć, że Beria został zabity na miejscu i jego „proces” mający trwać rzekomo kilka miesięcy, był tylko inscenizacją. Nadzwyczaj ostrożny marszałek Żuków nie mógł pozostawić żywym tak niebezpiecznego wroga, jakim był Ławretij P. Beria. I ponad wszelką wątpliwość przy tak niespodziewanym uderzeniu na Łubiańskie centrum sił tajnej policji oficerowie zajęli wszystkie stanowiące największą tajemnicę archiwa tej dziwnej organizacji, ze spisami, rejestrami i korespondencją z żydowskimi ugrupowaniami poza Związkiem Radzieckim.

Najprawdopodobniej rzecz się miała następująco: Żukow znał osobiście dowódców tych dwóch dywizji pancernych i był przekonany, że wykonają oni ślepo każdy jego rozkaz. Gdy dywizje zostały wyładowane z transportu i gotowe były do manewru, Żukow wezwał ich dowódców do sztabu i ustnie przekazał im swój rozkaz: natychmiast po powrocie do swoich oddziałów rozpoczęć atak na Łubiankę. Ryzyko było zbiorowe, ale Żukow po prostu nie miał wyboru: był człowiekiem skazanym przez Żydów na zagładę i oczywiście przekonany był o tym.

Bardzo możliwe, że pierwsza część programu a szczególnie otoczenie Moskwy przeprowadzono pod pozorem manewrów, co było nie tak trudne do zorganizowania. Przejście czołgów z piechotą na nich jako desantem z zewnętrznego pierścienia bulwarów na Łubiankę mogło być wykonane błyskawicznie. Jeden z dowódców dywizji znajdował się w czołgu na czele kolumny i przekazywał przez radio rozkazy dla swej kolumny.

Można stwierdzić z całą pewnością, że do tego decydującego momentu, kiedy „kości zastały rzucone” i odstąpić od zamiaru było już niemożliwe, nikt z niższego stanu osobowego dowódców i szeregowych żołnierzy nie miał pojęcia, że biorą udział w tak wielkim i niezwykle ważnym historycznym wydarzeniu, które powinno zmienić losy świata, a nie w zwykłych „letnich manewrach”!

Trudno sobie wyobrazić, jaką wręcz mityczną trwogę żywili wszyscy bez wyjątku mieszkańcy Związku Radzieckiego przed Berią i jego „organami bezpieczeństwa”. One to zniszczyły „Starą Gwardię” Lenina i być może również i jego samego; one skazały na śmierć Trockiego, organizatora Armii Czerwonej i zwycięstwa z „białymi“; one pozbawiły kierownictwa radzieckie siły zbrojne tuż przed rozpoczęciem agresji Hitlera na Związek Radziecki; one zgnoiły w „krwawych obozach Frenkiela” miliony najlepszych ludzi radzieckich; one otruły Żdanowa i zniszczyły wiele tysięcy „rosyjskich szowinistów” w Leningradzie; one udusiły samego „niezwyciężonego Generalissimusa” i zniszczyły tych, którzy wspierali go w walce z Żydami.

Stłumić to nieprzezwyciężone uczucie trwogi w szerokich rzeszach ludu było problemem prawie nie do rozwiązania, a genialny naczelny dowódca Żukow rozumiał to świetnie. To też oficerowie przyzwyczajeni do żelaznej dyscypliny, po prostu ślepo jechali za czołgiem dowódcy i wspierali go, gdy wdarł się do Łubiańskiej cytadeli i zaczął gromić opryszków Berii.

Najazd był zupełnie nieoczekiwany, toteż żadnego zorganizowanego oporu Funkcjonariusze „bezpieczeństwa” stawiać nie mogli. Kiedy dowódcy czołgów zrozumieli, że jeśli dotąd zwycięstwo nad czekistami zdawało się zupełnie niemożliwe, to w tej chwili zostało osiągnięte za jednym uderzeniem „z marszu”, to oczywiście wtedy dobrali się do skóry swoich odwiecznych wrogów z dużą żarliwością, zapałem, i zadowoleniem.

Rosyjskie Imperium tworzone przez carów w ciągu trzystu lat zostało zburzone przez masonów w ciągu sześciu miesięcy. Żydowska władza w Związku Radzieckim, zbudowana „na kościach i krwi”, tworzona była przez nich w ciągu trzydziestu pięciu lat: czołgi marszałka Georgija Żukowa zgniotły ją dosłownie w ciągu kilku minut.

Było to możliwe, gdyż władza Żydów nie miała żadnych głębszych korzeni w społeczeństwie i opierała się tylko – i wyłącznie – na aparacie tajnej policji.To też uderzenie stalowych wozów, zadane w samo serce tego aparatu oznaczało jego kres i doprowadziło do upadku ich władzy.

„Łubiański Bastion” był przygotowany jako silny umocniony punkt oporu, zdolny do przetrzymania długiego okresu najbardziej zaciętego naporu tłumu. Jednakże w kalkulacjach Żydów w żadnym wypadku nie brano pod uwagę możliwości niespodziewanego ataku czołgów, a nawet ich pojawienia się w samym centrum miasta. „Pogrom Łubiański” pod względem swego znaczenia stoi bez porównania wyżej niż znakomite „Lodowoje pobojowisko’’ księcia Aleksandra Newskiego, które zburzyło marzenie Teutonów o rozbiciu Słowian.

Żukow zabił nie marzenie, lecz już urzeczywistniony fakt zniewolenia całego globu przez syjonistów. Po zgładzeniu Berii Żydzi dokonali próby odbudowy swojej władzy przez partię, lecz tenże marszałek Żukow pokrzyżował te plany w zarodku: przywiózł do Moskwy wojskowym transportem lotniczym terenowych deputowanych, którzy głosowali przeciw Żydom i ich współpracownikom i w ten sposób unicestwił tę ich ostatnią próbę.

Po rozbiciu „Łubianki” Żukow postawił Kreml przed faktem dokonanym i zaproponował pozostałym przy życiu „rosyjskim szowinistom” sformowanie nowego rządu. Nowy ”Bek” Beria, który zastąpił Stalina, zastał jak wiadomo zabity. Chan współczesnej Chazarii, Kaganowicz zastał wygnany na dyrektora jakiejś fabryki. Mołotowa wysłali do Mongolii, itd.

Ponieważ ogromna większość Radzieckiej administracji składała się z Żydów i ich zwolenników, ten „proces wypierania” z konieczności przebiegał dość wolno, szczególnie w dołach partyjnych. Cały olbrzymi aparat tajnej policji zorganizowany przez Uryckiego i doskonalony następnie przez kolejnych Żydów Jeżowa i Berię trzeba było przebudować od góry do dołu.

I samo przez się rozumie się, że teraźniejszy KGB jest tylko cieniem tej starej instytucji, na czele, której stał najbardziej znienawidzony człowiek w Związku Radzieckim, Ławrentij Beria. W strasznych „Obozach Frenkiela”, gdzie w „dawnych dobrych czasach”zwierzchnictwa Berii liczba więzionych dochodziła do wielu milionów, teraz według słów „dysydenta” Sacharowa wszystkich więźniów politycznych jest zaledwie około dwóch tysięcy (Newsweek, 14 marca 1977r.).

Cios zadany światowemu żydostwu był na tyle potężny, że ich „szczyt” stracił na pewien czas głos i nie wiedział jak ma reagować. „Doły” jeszcze nie orientowały się w tej strasznej dla nich tragedii, która zdarzyła się w Związku Radzieckim, to też wielu z nich w dalszym ciągu odnosiło się z zachwytem do kraju, który dopiero co pokonał Hitlera.

Ponad wszelką wątpliwość w pierwszych latach do klęsce Żydowskiej władzy w Związku Radzieckim, Żydzi wykorzystali wszystkie możliwe dla nich sposoby do jej odzyskania, i dopiero po przekonaniu się, że sprawa ich została całkowicie przegrana, zostali w końcu zmuszeni wypowiedzieć “Rosji” totalną wojnę.

Fragmenty: W. Uszkujnik (pseudonim) – Paradoksy Historii. Tajna historia Rosji, Europy i świata. (1978)
Ta niezwykła książka dostępna jest w gajówce:
https://marucha.files.wordpress.com/2018/02/uszkujnik-paradoksy-historii.pdf

Posted in Uncategorized | Leave a comment